Co roku udaję, że je lubię, przygotowuje wszystko precyzyjnie, gotuję, ozdabiam, ale to są mechaniczne przygotowania, za którymi nic nie stoi.
Zupełnie nie wiem dlaczego rok za rokiem daję się wpuścić w te świąteczne 'maliny', bo tak naprawdę, gdyby nie dogorywający pies, byłabym na drugim końcu świata, gdzie nikt o świętach nawet nie myśli.
Ale never again!
Za rok, Grin będzie biegał po zielonych trawnikach po drugiej stronie tęczy, a ja będę albo z nim, albo daleko stąd.
Dzisiaj wyrzuciłam absolutnie wszystkie ozdoby świąteczne i niezmiernie mnie cieszy, że jutro 'normalny' dzień.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wielu ludzi nagina się wbrew własnej woli do tego świątecznego szaleństwa, pomimo że ani nie jest im potrzebne, ani nie sprawia im to żadnej przyjemności, a jest jedynie źródłem frustracji.
To trochę tak jak z małżeństwem. Większość przypadków to kompletne nieporozumienie, tylko ten niewielki procent to ludzie, którzy po wielu latach nadal potrafią nie tylko świętować razem, ale też mieć z tego rzeczywistą przyjemność.
Niestety, to jednak mniejszość.