Od kiedy pamiętam byłam w ogrodzie.
Tym w starym domu, jako dziecko. Pisałam o tym wiele razy.
Potem był straszny, szary blok na głuchej prowincji, potem na szczęście wielkie zmiany, ogród w Afryce, potem moja praca i zamiana wszystkiego na wielki świat.
Dosłownie.
Mało jest miejsc na świecie, gdzie mnie nie było. A przecież zawsze i ciągle marzyłam o jednym - o ogrodzie. Od 2011 roku mam Młociny, od 2014 mam Borków. Naprawdę zrealizowałam swoje marzenia i chociaż grzbiet boli od pracy, pogryzione i podrapane ręce nie dają spać, dzisiaj kiedy zabierałam do kosza wyposażenie na Młociny byłam szczęśliwa. Wczoraj Borków, dzisiaj Młociny i tak co tydzień. I niech tak zostanie :-)
A Młociny? Dają radę w tych tropikach, tylko te wiadra opadłych jabłek nieco mnie martwią. Wprawdzie na drzewach nadal ciężar owoców skłania konary ku ziemi. Urodzaj będzie niezwykły.
Róże pomarszczone ścięte jesienią do ziemi uznałam za stracone. Odrosły cudnie zagęszczone i znowu kwitną
Astilbe w pełnym słońcu. No cud jakiś ;-)
Rabata z konarem. Skalnica cudnie się ma, a kokoryczce dodałam kamień, jako cieniowanie. Obskubałam yukki z brzydkich liści. Nie wiem co im jest, ale źle rosną. A ta zielona plama z lewej, to rozchodnik biały. Posadziłam rok temu jakąś 2 centymetrową kępkę ;-)
Lilia orientalna dosadzona niedawno będzie kwitła
I widoczki
I tak dla porównania - czerwiec 2012.
