Od pierwszego dnia, w lipcu 2011, co miesiąc zapisuję te moje ogrodowe zmagania w ROD na Młocinach i dzisiaj zaczęłam kolejny lipiec. Wkrótce będzie kolejna rocznica, tym razem już siódma.
Ileż ten czas dla mnie znaczy!
Dzisiaj, jak po każdym intensywnym dniu na uczelni, dokonałam odnowy biologicznej przy pracach ogrodowych. Piszą, że nasi piłkarze odnawiają się w kriokomorach, może ich do koszenia warszawskich trawników zatrudnić. Pożytek większy, a i efekt murowany ;-)
Ale bez żartów. Trzeba kochać pracę w ogrodzie, by to miało przełożenie na naszą psychikę. Tak uważam. Mnie regeneruje świadomość uporządkowania ogrodu, widok piękniutkich zakątków - nawet jeśli to tylko moja estetyka. Poza tym lubię po prostu pracę fizyczną. Pewnie przy układaniu kostki betonowej bym tego nie powiedziała, ale na szczęście mam wybór ;-))))
A w ogrodzie czas na lilie. U mnie tylko żółte. Spotkałam sąsiadkę na parkingu - niosła do kościoła wiśniowe lilie - ależ cudny kolor. Muszę poszukać takich cudnych.
Moje typowe
Clematis Polish spirit w tym roku marnie rośnie i marnie kwitnie, ale jest.
Za to jest kaskada gruszek. Tak jak pisałam nie raz, ta moja stareńka grusza stoi, bo jest piękna, bo ją pokochałam, bo daje cień. Owoce? No bez żartów! Tego od niej nie oczekiwałam. A tu kaskady się sypią i zero chorób na liściach. 'No weź tu ogrodniku zrozum naturę!