Floksy to kwiaty mojego dzieciństwa. W ogrodach w latach 50-tych były chyba wszechobecne. Potem floksy to był obciach ;-) a jak już miałam ogródeczek, to po pierwszych próbach i mączniaku straciłam na nie ochotę. Jednak im bardziej mój ideał ogrodowy się klarował w miarę upływu lat ogrodowania, zdałam sobie sprawę, że bez floksów ogród sielski, wiejski, naturalistyczny, mój ;-) nie może być.
No to są.
Tu na Młocinach wiele ich nie dosadzę, bo miejsca brak, ale w Borkowie mam w planach wysadzenie floksami ścieżki głównej od bramy. Pewna ogrodniczka :-) pokazała mi kiedyś takie zdjęcie 'komitetu powitalnego', czyli alejki ogrodowej wysadzanej floksami. Cudny widok.
Mój sielski ogródeczek obecnie dopełniają masy sadźca
Białe jeżówki z czerwoną trawą w tle. Z Red Baronem dopiero od roku mi po drodze. Nie chciał wcale rosnąć. Inne trawy - z wyjątkiem trzcinnika - wszystkie przepadły. A i jeżówki traciłam co roku w ogromnych ilościach. Te białe jakoś drugi rok wydają się niezmordowane.
Biała budleja jeszcze słabiutka, ale rośnie. Budleje w tym roku w ogóle marnie u mnie wyglądają. Susza niestety je wyniszcza.
Te hortensje posadziłam rok temu. To Tardiva.
I mój mroczny zakątek :-)
Od jutra długi weekend w Borkowie i prace nad strugą. Mam nadzieję nie wystraszyć bobrów i wreszcie jakiegoś zobaczyć ;-)