W przerwie między deszczem a zimnem korzystając z przebłysków słońca zabrałam Szarutka na kolejną wycieczkę. Tym razem na Młociny. Pustki na mieście, pustki w ogrodach, pewnie wszyscy wyjechali na Zanzibar ;-)
A w ogródeczku po dwóch tygodniach niemal bez zmian. Tak jak na wsi, tak i tutaj wszystko rośnie sobie powolutku, tylko bardziej zielono i kilka nowych kwiatków się pokazało. Kwitnie ubiorek, szafirki i nieliczne tulipany.
Za to zieleni rozmaitej sporo. Rozchodniki, liliowce, bodziszki, hosty, wszędzie spore zielone kępy.
Wyszły floksy, orliki, piwonie
Zielone zakątki tu i tam
Albo takie zakątki ;-)
Dąbrówka rozłogowa jak małe broszki
Drzewa owocowe jeszcze nie kwitną, generalnie poza trzmieliną oskrzydloną krzewy raczej nadal łysawe.
Krzewuszka ma listki, nie zmarzła jak ta w Borkowie, ale tamta dopiero co posadzona, to nic dziwnego.
Zaczęło padać, zimno to i koniec wizyty.
Poszperałam jeszcze na parkingu w komputerowych zasobach Szarutka, powyłączałam rozmaite funkcje asystenta kierowcy, podłączyłam telefon do systemu samochodu i mogę uznać, że w 70% mam opanowaną obsługę pokładową. Jeszcze muszę przeprogramować system audio, sprawdzić rozmaite aplikacje i ustawienia, ale to nie jest związane z prowadzeniem samochodu, może poczekać.
Już chyba pisałam, że Szarutek sam jeździ ;-) No jest po prostu boski!