I ja, i ogródeczek!
Wprawdzie wczoraj nawet zdjęć nie robiłam, bo po przerwie na Borków od środy, w sobotę aż miałam ochotę płakać z żalu. Od wejścia powitały mnie smętne kikuty Rodgersji. Uschła kompletnie. A jeszcze parę dni temu była taka okazała. Ale wiadomo, to roślina wymagająca wilgoci i cienia. Cień wprawdzie ma, ale powietrze za gorące. Wycięłam wszystkie suche liście i pewnie jeszcze trochę odrośnie, ale to już nie będzie tak jak było. Nic to. Za rok będzie jeszcze większa.
Dzisiaj natomiast, po wczorajszym bardzo intensywnym podlewaniu, zraszaniu i znowu podlewaniu ogródeczek odżył i wcale nie tak bardzo widać te afrykańskie spiekoty.
Te floksy są jakieś niezniszczalne.
Ognik szkarłatny nad nimi
Budleje też w tym roku wielkie i odporne
Rudbekie, wiadomo, to byliny chyba najodporniejsze na każde warunki
I pomimo niemal pełnego słońca moja pnąca powtarza kwitnienie. Wiele razy już pisałam, że miała to być Flammentanz, ale nie jest bo ta jak wiadomo kwitnienia nie powtarza. Zatem nie wiem co mam. Liście jej trochę pożółkły, ale pąków nadal sporo.
Rozchodnik pod różą
Cieniste zakątki bez problemu
Wycięte czosnki i coraz większy bluszcz pod okienkiem ;-)
Oczywiście nie robiłam niemal nic. Poza zebraniem jabłek i liści, podlewaniem, głównie leżakowałam, a nawet spałam na matach na trawniku. Nie wiem kiedy ostatni raz spałam tak na łonie natury, ale dzisiaj to było cudne - parasol liściastych konarów morwy nade mną, a wokół zieleń i lekki wietrzyk. Po kilkunastu minutach byłam jak nowa.
Nie ma się co łudzić - to co się dzieje z pogodą obecnie wymaga radykalnej zmiany zachowania. Kto tylko może powinien ograniczyć aktywność i zachowywać się tak, jakby to nie była Polska, a np. Nigeria. Spowolnienie to podstawa.
Ja w ramach zmian nie wybieram się do Borkowa do czasu, aż temperatura wróci do polskiej normy.








