Moje święto, bo rzadko widywany syn-obieżyświat będzie na grillu w ogrodzie na Młocinach. Ostatnio był tam chyba rok temu, ale to wynika z jego trybu życia. Teraz np. zamieszkał w Gdańsku i bardzo narzeka na prowincjonalne życie, tęskniąc za stolicą. Tak czy inaczej, ciągle się gdzieś przemieszcza samolotami, pociągami, autobusami, czasem nie wiem kompletnie gdzie jest.
Jego kilka godzin u mnie w ogrodzie to naprawdę święto.
Jest wspaniałym człowiekiem i dla mnie jest najważniejszą częścią mojego życia. Jestem niezwykle dumna z niego, z tego że to on dyktuje życiu warunki, gdzie i jak ma być i żyć, jak i kiedy pracować, że ma tyle pomysłów i marzeń, które realizuje konsekwentnie, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zawsze skutecznie.
To nic, że widuję go raz na parę miesięcy, jakoś jesteśmy w kontakcie, a na co dzień towarzyszą mi rośliny, w których ma swój udział. W październiku ubiegłego roku kupiliśmy razem tuje. Wtedy wyglądały tak
A oto jak wyglądają dzisiaj
Miro jeszcze ich nie widział na żywo, widział tylko zdjęcia, był zachwycony, że są takie kudłate! Jutro sam oceni ich urodę z bliska.
No i w związku z wizytą wielkie dzisiaj porządki. Koszenie, przycinanie kancików, wyrywanie wszelkich chwastów....
A poza tym zielenina jak zwykle zdrowo rośnie ;-)
Winogronowe zwalisko
Liliowiec na dzisiaj ;-)
I nowy żółty na Stella D'Oro
Jeżówki, jeżówki...
Tylko berberys
Kanna Wyoming
Bardzo czekam na kwiaty Durbana, to ten o ciemnych liściach, ale nie wiem , czy w tym roku się uda. Wyjątkowo marny rok dla pacioreczników.
A tak na koniec - jestem niezwykle szczęśliwym człowiekiem! Mam 64 lata i nadal każdy nowy dzień to dla mnie czas na robienie cudownych rzeczy, radość z drobiazgów, realizowanie siebie na tysiące sposobów, korzystanie z każdej minuty zachłannie, by przeżyć jak najwięcej, w jak najlepszy sposób.



















































