wtorek, 30 września 2014

Zdecydowanie jesiennie

Nie da się udawać, że sezon ogrodowy nie ma się ku końcowi. Dzisiaj szary dzień, wprawdzie ciepły, ale w nastroju niezwykle jesienny. Piękny, bo kolory są oczywiście cudne, piękny także, bo po ostatnich dniach jakże bogatych w emocje, złe i dobre, taki wyciszony czas wśród moich ukochanych roślin, w zielonej ciszy, to cudowna zmiana i odpoczynek dla duszy i umysłu.

Emocje negatywne, czy pozytywne zawsze wyczerpują. 

Kontakt ze szczęśliwym człowiekiem, który potrafi walczyć o swoje spełnienie jest niezwykłym doznaniem, dobrym, ale też zostawia ślad na naszej psychice.

Kontakt ze złymi ludźmi, ludźmi malutkiego formatu, ludźmi bez wiedzy, wrażliwości jest straszliwym doświadczeniem. Zostawia ślad, jak błoto, zmywalny, ale póki trwa budzi wstręt.

Dlatego tak unikam kontaktu z ludźmi w każdych okolicznościach. Coraz mniej mam ochoty, potrzeby, by z ludźmi mieć jakikolwiek osobisty kontakt. Moje odosobnienie ma głęboki sens. To mój wybór, to sposób, by uciec od wszelkiej ludzkiej małości, możliwości by ktokolwiek miał jakikolwiek dostęp do mnie i mojego życia.

Wracam po tej osobistej dygresji na Młociny. A tu kolory jesieni coraz piękniejsze. Czekałam na to, co wydarzy się z moja Oskrzydloną i oto jest!


Przepleciona z trawami, Miłką, Zebrinusem  i turzycami powoli zmienia się w krzew ognisty. A to dopiero pierwszy jej sezon u mnie.



A tu Dławisz pokazuje swoje jesienne szaty, ma mnóstwo jagódek, których jeszcze nie widać spod liści, ale w zimie bedzie ptasia spiżarnią.


 
  Poza fascynacją kolorami, jak zwykle mnóstwo porządkowych prac jesiennych, kolejne zbiory winogron, grabienie liści, ale tez 'wytrzepanie' moich Szmaragdów. Tuje maja zawsze sporo martwych gałązek w środku, niewidocznych, ale pozostawienie ich na zimę, to niebezpieczeństwo gnicia i chorób grzybowych. To konieczne, by pousuwać te żółte kawałki, a do tego to bardzo łatwo zrobić, wystarczy przeczesać ręką gałązki tui, a żółte sypią się same.


  

piątek, 26 września 2014

I kolejne zbiory...

Dzisiaj znowu jednak w dzikim pędzie, tylko wpadłam trochę posprzątać i  zebrać drugie winogrona. To deserowe, na wino się nie nadają. I kto to zje! ?


wtorek, 23 września 2014

Jesień i wino

Po czterech dniach wypełnionych wyłącznie pracą dzisiaj wreszcie - pomimo pogody - znalazłam się na Młocinach. Szczerze powiem, spodziewałam się gorszego widoku, ogrodu niemal ukrytego pod warstwa suchych liści, a tu niespodzianka. Liście owszem były, ale chyba za sprawą wiatru było ich wcale nie tak dużo. 
Natomiast nie było niespodzianki co do pogody. Zimno, co chwilę - a to ulewa, a to słońce, a to mżawka, a do tego porywy wiatru, silne i zimne. No nie jest to idealna pogoda na prace ogrodowe, ale jesień ma swoje prawa, a ogród wymaga zakończenia sezonu. A jak koniec sezonu to czas na winobranie. dzisiaj zebrałam pierwszy kosz, a sądzę, że jest to jedynie 1/3 tego co jeszcze zostało.

Winogronka już w domu


Nie zrywałam więcej, bo obrobienie tego kosza to praca na parę godzin. Reszta pewnie dopiero w piątek.


I pierwszy nastaw tegoroczny. Za parę godzin będzie pełny balon, a ja będę się bać czy wino z balona nie wyjdzie. W ubiegłym roku przesadziłam z ilością winogron na jeden balon i wprawdzie balona nie rozsadziło, ale wychodziło rurką fermentacyjną powodując sporo bałaganu.


 


wtorek, 16 września 2014

Żółto

Niestety zieleń to już pieśń przeszłości. Tempo w jakim żółknie wszystko oraz w jakim opadają liście jednak oznacza jedno - wkrótce po letnim ogrodzie nie zostanie nawet ślad. 

Dławisz na ogrodzeniu zmienił kolor w niemal jeden dzień i sypie liśćmi


A pod nim rozplenice, więc mam co sprzątać i to w dodatku muszę delikatnie wybierać listki z traw, by ich nie uszkodzić. A rozplenicowe kotki przechodzą metamorfozy - od bardzo kudłatych do takich najeżonych ziarenkami, nadal cudne.


Niezawodnie cieszą kolorem rozchodniki


ale jednak ogród teraz, szczególnie w tym roku, to niemal wyłącznie ciężka praca. Sprzątanie, porządki, przycinanie, cięcie, usuwanie... etc.....

Nie narzekam, lubię porządki, lubię to uczucie satysfakcji, kiedy patrzę na ogród, gdzie niemal wszystko na swoim miejscu.

Tylko żal, bo już niedługo będzie tak pusto.

Cebul nie sadzę, bo za gorąco, a i tak kilka niezauważonych i pozostawionych w ziemi szafirków - wykopałam wszystkie w czerwcu - wypuściło zielone wąsy. 

Chyba jednak każdy rok jest inny i stosowanie sztywnego kalendarza ogrodnika byłoby niewłaściwe. Myślę, że po kilku latach w ogrodzie, każdy wyrabia sobie własne rozeznanie co i jak robić. Pod jednym jednak warunkiem - że dużo czytał i łączył obserwacje z wiedzą zdobywaną od bardziej doświadczonych. Jak dla mnie, taka właśnie kombinacja jest idealna. Bez wiedzy innych nic bym nie potrafiła. Bez własnego doświadczenia i obserwacji stałabym w miejscu.

Dzisiaj czuję się niemal pewnie w ogrodzie, ciągle mnóstwo czytam o roślinach, sprawdzam, ale to już są coraz głębsze wtajemniczenia ;-)





piątek, 12 września 2014

Czysto, mokro, kolorowo...

Czysto, bo znowu zebrałam wszystkie jesienne liście.
Mokro, bo podlałam.
Kolorowo, bo to jednak jesień.





Tylko te gruszki na wysokości 5 metrów mnie martwią. Jak ja je zdejmę? A czas niestety, bo gniją na drzewie.
Pożyczę drabinę, taką rozsuwaną, bo moja to ma 120 cm. Tylko tam nie bardzo jest gdzie ją oprzeć. W ubiegłym roku nie było gruszek, to nie było problemu, a teraz nie tyle jest problem, co zadanie trudne nieco. Ale coś wymyślę.


czwartek, 11 września 2014

Ogrody i co z tego wynika

Po ostatnich kilku dniach w pracy przypomniałam sobie co oznacza stres, psychiczne zmęczenie, frustracja. Na szczęście - inaczej niż przed paroma laty - mam swoje ogrody i kiedy dzisiaj wreszcie wyrwawszy się z objęć pracoholizmu dotarłam tutaj na Młociny, w kilka chwil wszystko to co, było moim udziałem przez ostatnie dni stało się po prostu nierzeczywiste.   Z każdą minutą dystans do jeszcze niedawnego stresu, czy frustracji rósł coraz większy, po godzinie zapomniałam o wszystkim, otoczona jesienią mojego cudu na Młocinach ;-)

Mam wrażenie, że im więcej stworzymy sobie tego naszego, własnego świata, tym bardziej stajemy się odporni na wszelkie zło świata zewnętrznego, gdziekolwiek on jest, w pracy, na ulicy, w sklepie. Wszędzie tam gdzie może nas dopaść ludzka zawiść, małość, złośliwość. A jest tego niestety tak niezwykle dużo.   

Teraz siedzę sobie przy moim ulubionym angielskim biurku, a stres ostatnich dni jest jedynie wspomnieniem. Do tego kolory jesieni zaczynają być tak bajeczne, że wraca utracona na kilka dni radość życia. Gdybym miała ogród od zawsze, od zawsze byłabym jeszcze bardziej szczęśliwym człowiekiem, jeśli to możliwe...

A oto kolory mojej dzisiejszej jesieni, tylko nieco zaśmiecone liśćmi i opadłymi owocami. To zdjęcia zrobione jeszcze przed porządkami.






Berberysy, moje ukochane krzewy, mają chyba wszelkie odcienie zieleni, czerwieni, żółci...


A tak po dwóch latach wygląda bardzo brzydki słup obrośnięty wiciokrzewem zaostrzonym. Co za bestia z tego wiciokrzewu! Zaczynam się obawiać, że niedługo pokona słup ;-))))


Wszystko razem...




Bergenia w jesiennych barwach



Zbiory blisko



jeszcze trochę tych kolorów


I murek, który postawiłam rok temu. Bodziszki od Ewy G. na pierwszym planie, a nad - ławeczka własnej roboty - przewiesza się Dębolistna

Na koniec dzisiejsze zbiory


Czas do kuchni robić przetwory :-)

No i czy można stresować się, jak się ma takie malutkie zielone cudo ;-)))) Całe 185 metrów kwadratowych!

poniedziałek, 8 września 2014

Smutno...

Od czwartku nie byłam na Młocinach. Praca, albo jej czasowa kumulacja, która nie jest niestety podobna do tej w grach liczbowych, spowodowała, że nie mogłam dojechać do mojego ogródka. Dzisiaj wreszcie dotarłam, tyle że bardzo późno, pokonując korki i deszcz.

No i kiedy dotarłam ogarnęło mnie zwątpienie. Ogród przez te trzy dni wysechł, zżółkł, zmarniał, a do tego jakiś sąsiad dokonał zbioru moich brzoskwiń. Puste drzewko, tylko to co daleko od ogrodzenia się uchowało. Nie żebym tak bardzo żałowała tych brzoskwiń, tylko sam fakt takiej inwazji jest dla mnie paskudny.

No więc zebrałam co zostało i pracowicie wieczorem przerabiałam pomimo zmęczenia to co zostało.

Mój były, a i już na innym padole mąż zawsze powtarzał: dobre uczynki są zawsze ukarane. Nie wiem skąd wziął tę pokrętną maksymę - a miał tych powiedzonek całą masę i za to kochało go to rozrywkowe towarzystwo, w którym się pławił - ale niestety coraz częściej odnajduję w nich życiowe prawdy. Zapewne korzenie z Białostocczyzny, z której się wywodził dały mu tę życiową mądrość. A ten mój dobry uczynek, to praca po godzinach, by pomagać innym.

Wracając po tej dygresji na Młociny - zebrałam wór liści i zgniłych owoców, a że deszcz zaczął padać zostawiłam to całe moje żółte nieszczęście do jutra. Jutro będę walczyć dalej ....

No a to moje dżemy z brzoskwiń i jabłek zebranych dzisiaj.


W ubiegłym roku takich słoi było 12 sztuk. Jeszcze trochę brzoskwiń na drzewie zostało, ale też w tym roku było ich mniej. A złodziejowi życzę smacznego.

czwartek, 4 września 2014

Ogrodowa codzienność

Pracy w pracy dużo, ogród tylko z doskoku, o Borkowie w tym tygodniu nawet nie ma co marzyć, ale nie narzekam. Dzisiaj parę godzin na Młocinach byłam, co miałam zrobić, zrobiłam, nacieszyłam oczy i duszę, a teraz wieczorem patrzę sobie na dzisiejsze zdjęcia i nadal mi miło.

Dzisiaj było koszenie - jakże wspaniała jest moja nowa kosiareczka. To już parę tygodni i naprawdę z czystym sumieniem mogę ją polecić do trawnika do 500 mkw. Lekko się prowadzi, łatwo przestawia wysokość koszenia, bo ma taką jedną wajchę z podziałką na kilka poziomów. Do tego ma wskaźnik zapełnienia kosza, co też jest fajnym bajerem.
Potem było podlewanie, bo sucho okropnie, deszczu na razie ma nie być, szkoda mi roślinek.

Oto stan po koszeniu i podlewaniu


A potem to już tylko sobie łaziłam po ogródku i zaglądałam to tu, to tam, by zobaczyć jak jesień wygląda na dziś. No i jednak nie ma jej aż tak wiele.

Iwa nadal gęsta i zielona

Moje nieliczne Rudbekie nadal kwitną. A są nieliczne bo nigdy ich nie sadziłam. Są tylko te, które same wyrosły.


Oczywiście Rozchodniki kwitną, czyli jesień jest, a i Marcinki mają pierwsze kwiatuszki


 



 
Ostatki Przetaczników. Kwiaty na  Pięciorniku odmiany Jackman's variety jeszcze są, ale już zasychają



Za to moje róże pnące od paru tygodni nieprzerwanie rosną. Wreszcie sięgnęły do konstrukcji, którą dla nich specjalnie zamontowałam nad ogrodzeniem.


A przede mną niebawem zbiory owoców - brzoskwiń, jabłek, gruszek, winogron - potem długie wieczory obrabiania tego szczęścia i przerabiania na konfitury, dżemy, wino. Oj sporo tego będzie.

A potem niestety długie tygodnie zbierania opadających lisci, a że u mnie niemal wszystko liściaste, to będzie tego naprawdę dużo także.

I jak tu nie kochać jesieni!

poniedziałek, 1 września 2014

Rewolucje ogrodowe


Od poniedziałku jestem w niezwykle bojowym nastroju. Tak to już u mnie jest, że co tydzień wpadam w inne nastroje i czasem jest źle, a czasem jest euforycznie. Jak mi się tydzień zacznie tak jak dzisiaj, to całe siedem dni jest jakaś bajka ;-))))

I odwrotnie, zły, paskudny poniedziałek i już nie mam mocy. Siła naszej podświadomości jest niesamowita.

Ale do rzeczy. Po wystawie i posadzeniu nowych roślin, raptem dwóch, uświadomiłam sobie, że mój ogród już dawno stracił ten nieco rustykalny charakter, stając się po prostu bardzo specyficznym, moim ogrodem. Zobaczyłam też, że wykorzystywane dotąd rozmaite pnie, bale, konary tworzące pewien klimat rabat powoli tracą tu sens. 

O takie jak tutaj


To stare zdjęcie, teraz belka ginie pod zielonym futrem. 

Może też inną przyczyną jest potrzeba wyraźnego oddzielenia tych moich dwóch ogrodów - ten na Młocinach staje się powoli ogrodem, ten na wsi to nadal pieśń przyszłości.

Dzisiaj wykopałam wszystkie, albo niemal wszystkie dekoracje konarowe i razem z sadzonkami hodowanymi od pewnego czasu, wszystko jedzie do Borkowa.



 Największa sadzonka Rokitnika już w samochodzie. 


To jest okaz wykopany ..... od sąsiadów. To nadal 'mój' Rokitnik, tyle że wyrósł za płotem, a raczej za ogrodzeniem z betonowym fundamentem o głębokości około 40 cm. Nie ma barier dla Rokitnika, ale jest zasada - nie cięty, nie jest taki ekspansywny. Mam ich 5 krzewów, tylko ten, który w ramach eksperymentu spróbowałam formować, dał takie silne odrosty.

Dobra wiadomość jest taka, że wykopywanie Rokitnika jest naprawdę łatwe. Dzisiaj w minutę, bez problemu wykopałam te blisko metrowe krzewy.   

Można postawić pytanie po co się tak męczyć z Rokitnikiem? Moja odpowiedź jest prosta - dla mnie jest pięknym krzewem, wprawdzie nie doczekałam się jeszcze kwitnienia, a więc i owoców, ale wiem, że będą. Mam na pewno obie płcie, kiedyś zakwitnie. W trzecim roku, taką mam nadzieję. A taki Rokitnik w stroju pomarańczowym kulek to jest widok, na który warto czekać.

A jesienią wygląda tak


Tak wyglądał u mnie 6 października 2013 roku. Jestem ciekawa, kiedy w tym roku będzie miał takie barwy. 

Poza tym tyle jesieni w ogrodzie...



 i kolorów



A podzielona kilka dni temu Kostrzewa pięknie rośnie. Miałam malutką kępkę, ale rosła w miejscu zbyt ciemnym i wilgotnym, w jej środku pojawiła się pleśń. Wykopałam, podzieliłam na dwie części, wyczyściłam ze wszystkich chorych i starych źdźbeł i oto rośnie ślicznie jak nowa.

  
To oczywiście ta na pierwszym planie, bo na drugim to Trzcinnik Karl Foerster. cięty w lipcu!

A białe płatki to letni śnieg ;-)))))