Od czwartku nie byłam na Młocinach. Praca, albo jej czasowa kumulacja, która nie jest niestety podobna do tej w grach liczbowych, spowodowała, że nie mogłam dojechać do mojego ogródka. Dzisiaj wreszcie dotarłam, tyle że bardzo późno, pokonując korki i deszcz.
No i kiedy dotarłam ogarnęło mnie zwątpienie. Ogród przez te trzy dni wysechł, zżółkł, zmarniał, a do tego jakiś sąsiad dokonał zbioru moich brzoskwiń. Puste drzewko, tylko to co daleko od ogrodzenia się uchowało. Nie żebym tak bardzo żałowała tych brzoskwiń, tylko sam fakt takiej inwazji jest dla mnie paskudny.
No więc zebrałam co zostało i pracowicie wieczorem przerabiałam pomimo zmęczenia to co zostało.
Mój były, a i już na innym padole mąż zawsze powtarzał: dobre uczynki są zawsze ukarane. Nie wiem skąd wziął tę pokrętną maksymę - a miał tych powiedzonek całą masę i za to kochało go to rozrywkowe towarzystwo, w którym się pławił - ale niestety coraz częściej odnajduję w nich życiowe prawdy. Zapewne korzenie z Białostocczyzny, z której się wywodził dały mu tę życiową mądrość. A ten mój dobry uczynek, to praca po godzinach, by pomagać innym.
Wracając po tej dygresji na Młociny - zebrałam wór liści i zgniłych owoców, a że deszcz zaczął padać zostawiłam to całe moje żółte nieszczęście do jutra. Jutro będę walczyć dalej ....
No a to moje dżemy z brzoskwiń i jabłek zebranych dzisiaj.
W ubiegłym roku takich słoi było 12 sztuk. Jeszcze trochę brzoskwiń na drzewie zostało, ale też w tym roku było ich mniej. A złodziejowi życzę smacznego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz