Deszcz był, a jakże!
Takie grube krople, ale że świeciło również pełne słońce, wysychały w drodze na ziemię. Zatem ja cały dzień lałam mnóstwo wody, nawet jak padał ten dziwny deszcz.
A że sadziłam sporo nowych roślin, bez nawodnienia gleby ani rusz.
Byłam dzisiaj w moim ulubionym centrum ogrodniczym w Alei Krakowskiej. Mają tam setki wszystkiego, jak zawsze zawrót głowy na początku, ale ja już się uodporniłam na te pokusy i kupowałam zgodnie z planem ;-)
Dalsze trzmieliny i kilka skalniakowych na Młociny. Jutro kolejna wizyta, tym razem po rośliny do Borkowa.
Kupiłam też nowego rozchodnika - nazywa się gruby i ma cudne liście. Szkoda tylko, że znika we wrześniu. Dalej za nim kępa sasanki, która w ogóle nie zakwitła w tym roku. Zwykle kwitła wieloma kwiatami.
Kolejne trzmieliny. Duże i mniejsze 'Sunspot' i jedna nowa Marieke.
Skalnica Arendsa i widok na cały ten rozchodnikowo-irgowy placyk.
Nie jestem pewna czy skalnica i kokoryczka dadzą tu radę, bo jednak to bardzo słoneczne miejsce.
A cały ogródeczek zielony i pomimo suszy w całkiem dobrej formie. No może z wyjątkiem trawnika, który jednak w wielu miejscach łysieje wypalony słońcem.
I wszędzie śmietnik z drzew owocowych, ale wygląda na to, że będzie mnóstwo wszystkiego. Wiśni, jabłek, chyba nawet gruszek i śliwek.
6 godzin pracy, porządek jest, chwastów brak, jutro kolejne roślin sadzenie, tylko już na wsi.