Leje.
Nie pada. Leje.
Zatem wbrew naturze pojechałam odwiedzić Młociny.
No bo jak tu świętować, jak ogródeczek sam.
Pewnie lepiej było nie jechać. Smętny widok w sumie. Szarość dominuje, więc poszukałam zielonego. Coś tam wyszperałam ;-)
Niezawodne bodziszki, wszędzie cudne zielone kępy.
Runianka japońska ma się dobrze
Berberys Yytte nie przemarzł, chociaz potrafi.
Krokusiny ;-) Jak wszędzie marnizna taka.
Jak co roku niezniszczalne!
A tu serduszka idzie jak burza
Oj, dobrze że pojechałam. Ładnie nie jest, czeka mnie mnóstwo sprzątania, ale wszystkie rośliny w świetnej formie. Jak tylko zrobi się wreszcie ciepło, oj bedzie cudnie!
A na tarasie chociaż te parę bratków ;-)
Miłego świętowania czytającym życzę i zaczynam wegańskie (sorry WFPB - czyli Whole Food Plant Based) święta z synem. Uwielbiam nowe wyzwania i chociaż to już kolejne święta bez tradycyjnego polskiego jedzenia, za każdym razem bardzo mnie te poszukiwania nowego motywują.