Po 8 dniach pracy w pracy - bez przerwy - dzisiaj święto i wizyta w moim ukochanym ogródeczku. Nikt mi nie kazał tyle pracować ;-), to ja nie widziałam innego wyjścia, bo jak się czegoś podejmuję, to doprowadzam do końca. Wprawdzie do końca daleko, ale - jak słyszę wokół - światełko w tunelu widać. Oby mieli rację!
Ogródeczek - ile to miejsce dla mnie znaczy przekonuję się za każdym razem, kiedy wychodząc zza zakrętu ogrodowej alejki, wreszcie widzę te moje 185 metrów. Po pierwsze ulga, że wszystko na miejscu, po drugie radość, że tak ładnie - może nie zawsze, ale dla mnie zawsze - po trzecie gdzieś oddala się cały świat z jego ciężarem i całym złem.
Nie wiem, jakim cudem trafiłam wtedy w lipcu 2011 roku na to miejsce. Nie wiem też, jak wyglądałoby dzisiaj moje życie, gdybym tego miejsca nie miała, bo nadało inny bieg, inne znaczenie wszystkiemu. A przecież to tylko 185 metrów ziemi ;-) Borków to też pokłosie Młocin, bo bez odnalezienia tej radości z uprawiania ogrodu pewnie bym nie podjęła takiego wyzwania. A tak jest i Borków, a jutro znowu tam będę.
A na miejscu zima i pustka. Ogrody śpią, ani żywej duszy wokoło. Kilka zdjęć by jak zawsze udokumentować kolejny dzień, ale i pokazać, co w moim odbiorze jest ładne.
Ubiorek śnieg i hortensje
Trzcinnik
Berberys Juliany
Róże
Iglaczki w śniegu
A na koniec podparta Iwa. Kiedy przyjechałam, zobaczyłam Iwę zgiętą do ziemi, z korona tej jej masy gałązek zakrytą mokrym śniegiem. Na szczęście pień nie złamał się, a jedynie wygiął. Teraz podparta - palik za krótki, ale innego akurat nie miałam - znowu stoi.
Zmarzłam, dzień szary ale radosny, bo wszystko jest na swoim miejscu nie tylko w ogródeczku :-)