czwartek, 30 października 2014

Dławisz

Dławisz rośnie u mnie od 3 lat. Nie jest ulubieńcem ogrodników, podobnie jak Rokitnik, ale u mnie sporo takich nielubianych i uważanych za ekspansywne roślin. Ja sobie z nimi radzę, a że potrafią zdobić, cieszę się, że je mam.

Do tego w tym roku Dławisz zakwitł po raz pierwszy od posadzenia w 2011 roku jesienią. Wprawdzie - jak się później okazało - dostałam sadzonki jedynie Herkulesa, czyli męskie i Diany dosadziłam dopiero wiosną następnego roku. Jak wiadomo, podobnie jak Rokitnik Dławisz jest rozdzielnopłciowy i trzeba mieć sadzonki obu rodzajów by zakwitły. A czekałam na to kwitnienie, bo potem zimą dławisz jest niezwykle dekoracyjny, obsypany pomarańczowo-czerwonymi owocami. No i w tym roku wreszcie są.

Jeszcze nie jest ich bardzo dużo, ale jak już są, z roku na rok będzie ich coraz więcej.


Poza owocami, zimą zdobi także pogmatwany gąszcz jego pędów, i nawet bez liści dławisz też tworzy zasłonę na ogrodzeniu.


Tu przepleciony dodatkowo z bluszczem, dalej zieleni się Głogownik i spora grupa Ogników.


A tu mój coraz większy Jałowiec Phitzeriana Glauca, pięknie rośnie, absolutnie bezproblemowa roślina.


I jeszcze moje sadzonki. Oderwałam malutką kępkę Zawciągu nadmorskiego, podzieliłam na takie drobniuteńkie kawałeczki i wsadziłam do doniczki. Oto efekt po ok. 1,5 miesiąca 


7 sporych sadzoneczek, które już w następnym tygodniu zawiozę do Borkowa. Do zimy daleko, a że są już dobrze ukorzenione, nie ma obawy by się nie przyjęły. 

W sumie to jak dla mnie bardzo udany sezon rozmnażania roślin. Dotąd tego nie robiłam, bo wydawało mi się, że nie umiem, że nic mi z tego nie wyjdzie. A tu niespodzianka! Mam własne berberysy, pęcherznice, jaśminowce, rokitniki, róże pomarszczone. Małe to wszystko, ale cieszy, bo własne.


wtorek, 28 października 2014

Jesiennie, słonecznie + straszliwe korki...

Zacznę od tych korków ;-) Mieszkam na Muranowie, więc w związku z dzisiejszymi uroczystościami w mojej dzielnicy, ta niestety stanęła w miejscu. Dojazd do domu zajął mi dzisiaj bardzo dużo czasu i nie wiem, czy Ci wszyscy kierowcy, którzy razem ze mną pokonywali kolejne metry w ślimaczym tempie bez wątpliwości uznali, że nowe Muzeum na zawsze poprawi wizerunek Muranowa, zmieniając go w miejsce podobne do krakowskiego Kazimierza. Niestety jak zwykle zawiodła organizacja i pierwsze wrażenie, nawet dla tych co na te uroczystości zmierzali, to poczucie chaosu w jakim znaleźli się sami i spory kawałek miasta.

Dojechałam jakoś do domu, na uroczystości się nie wybieram, tłumy zawsze mnie zniechęcają. Poza tym po dniu spędzonym w tych słonecznych blaskach wśród moich roślinek, jakoś mam mało ochoty na kontakt z innym światem.

A dzień był piękny. Porządki właściwie dobiegły końca, jestem gotowa do zimy, teraz to już będę tylko wpadać na herbatę i chyba jeszcze raz skoszę trawę.

Tak było dzisiaj


Hortensja dębolistna niezmordowana zmienia kolory liści, podczas gdy np. Trzmielina oskrzydlona tylko na chwilę pokazała cudną jesienną czerwień i zaraz potem straciła wszystkie liście.


Wiele razy już ją pokazywałam, bo ten Miskant to moja ulubiona trawa. No, jedna z wielu, bo chyba bardzo lubię wszystkie trawy.



Wplotłam te czosnki w stary wianek parę miesięcy temu. Ślicznie się zasuszyły 



Trzy kolory ;-)


Po mrozach ostatni pąk różany zwiesił głowę, ale nadal śliczny, moim zdaniem.


A liściaste pędy różane nic sobie z mrozu nie robią i nadal rosną.



czwartek, 23 października 2014

Ależ zimno!

Z trudem wierzyłam wskazaniom termometru w samochodzie dzisiaj rano. Wczoraj jeszcze 14 stopni, dzisiaj 4 i do tego naprawdę przenikliwe zimno. Pomimo to pojechałam na Młociny, bo wiem, ile tam nadal liści czeka na uprzątniecie i wobec mrozów konieczność wykopania kłączy pacioreczników.

Łyso i pustawo, smutno i jesiennie, do tego zimno takie, że grabiały mi ręce. Definitywny koniec sezonu, aż żal, ale będzie więcej czasy na inne przyjemności. Może wreszcie wyskoczę na parę dni w świat? Z perspektywą podróży w ciekawe miejsce, jesienno-zimowe nastroje wcale nie są szare. 

Zobaczę, ale póki co parę zdjęć z dzisiaj, kiedy wyszło słonko.

Tu, za murkiem Hortensja dębolistna, ale w tym roku jej przebarwienia nie są tak spektakularne jak rok temu.


Pigwa nie traci liści, tylko staje się coraz bardziej kolorowa


No i moja iglaczkowa rabatka ze świerkiem cudakiem cieszy oczy


Uciekłam, jak tylko skończyłam prace, bo zimno szczypało, długo jeszcze w samochodzie nie mogłam się rozgrzać.

wtorek, 21 października 2014

Od piątku do wtorku

Tyle trwać musi przerwa w moich ogrodowych zmaganiach teraz, kiedy pracuję. Sobota, niedziela i poniedziałek to moje dni zawodowe, od wtorku do piątku włącznie nadal robię co chcę. Bardzo mi ten układ odpowiada, bo nie lubię 'łykendów' i cieszy mnie, że mogę jechać do pracy, kiedy wszyscy jada na działki i odwrotnie. 

Tak też i dzisiaj, jak tylko padać przestało pojechałam na Młociny. Po trzech dniach nieobecności i ostrym wietrze ogród znowu wyglądał jak wysypisko liści, a do tego wiatr rozniósł je absolutnie wszędzie. A zatem da capo al fine czy jak kto woli syzyfowa praca grabienia trwała przez 4 godziny tym razem. Pocieszam się, że na drzewach liści już naprawdę niewiele i wkrótce będę mogła zacząć przygotowania do zimy.

Mam spore zapasy kompostu, które chcę rozprowadzić na rabatach, obsypać co wrażliwsze rośliny pod korzeniami, ale póki na rabatach nadal zwały liści to nie ma sensu. Pomimo jesieni ogród nadal nie straszy pustką, ani nie wygląda szaro i smętnie. Sporo nadal zieleni za sprawą traw, kolorów, ale coraz mniej bo nawet pęcherznice już łysawe, trawnik zieloniutki dzięki systematycznemu wygrabianiu sianka, generalnie nie jest źle. 

A może tylko tak mi się wydaje?

Tu widać jak wyłysiały Pęcherznice i Róże pomarszczone


Hiszpański dziadek znowu widoczny zza pnączy


Śnieguliczka koralowa jeszcze się złoci


Ale najwięcej zieleni to trawy wszelkie. 



A kolory, to berberysy


I bardzo ciekawy w tym roku wzrost Budleji. W ub. roku zmarzła i zginęła po wrześniu, a teraz wypuszcza takie cudne srebrne liście.



A na całkiem pustej rabacie nadal nie jest pusto, bo Gajowiec i Dąbrówka trzymają się mocno ;-) 

 
Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli ruszam do Borkowa zobaczyć jak rosną moje drzewa.

piątek, 17 października 2014

Czysto!

Dzisiaj wygrałam walkę z liśćmi!

Jest to o tyle zaskakujące, że przez ostatnie dwa dni nie wychodząc z domu walczyłam z przeziębieniem. Słaba byłam jak muszka, ale dzisiaj chyba odzyskałam wszystkie siły świata i ruszyłam do boju.

Dwa dni w w domu! To jest rzadkość w moim przypadku, ale filmy i inne różności pomogły zapomnieć o świecie zewnętrznym, chociaż obawa o stan Młocińskiego ogrodu poważnie zakłócała tę domową idyllę.

Widok zastany dzisiaj był naprawdę przerażający. Zwały liści wszędzie, także przed furta, aż trudno ją było otworzyć. Od razu zapomniałam o resztkach choroby i planowo zabrałam się do pracy. Myślę, że 'planowo' ma wielkie znaczenie, bo porządki w domu, czy ogrodzie bez dobrej organizacji to chaos i strata czasu.

Zaczęłam od usuwania liści tam, gdzie wisiały na tzw, 'ostatnim włosku', potem uporządkowałam pnącza winogron (tak cięłam je dzisiaj, zawsze stosuję cięcie jesienne i uważam je za bardzo sprawdzone), a dopiero potem zabrałam się za zbieranie tego, co na trawnikach. 

A że lało przez cały czas? Jakoś udawałam, że nie zauważam.

Odjeżdżałam z poczuciem, że znowu panuję nad ogrodem, ale też z worem 120 litrów wypełnionym po brzegi masą paskudnych chorych liści z gruszy i śliwki. Wtaszczenie tego do samochodu, a potem pod mój zsyp, gdzie zostawiamy 'zielonki' było nie lada wyzwaniem.

Dzień zakończyłam malutką sesją foto, niestety z komórki, bo mój aparat chyba dożył swego wieku i nie działa. 

A co widać na moich zdjęciach? Jednak zielono i kolorowo, róże kwitną trawnik zieloniutki, berberysy cudnie kolorowe, lubię to miejsce ;-)
 
Morwy moje utrapienie, ale piękne jesienią...



Trawki pod bluszczem i Głogownikiem. Kiedy Dławisz traci liście odsłania bluszcz i głogownika. Te towarzyszą mi przez zimę, do wiosny, a potem znowu giną pod liśćmi - nomen omen - Dławisza. Ale ja go mam pod kontrolą i polecam na ogrodzenia jako świetną osłonę.


Moje ogniki niestety chorują, ale walczą i chyba będzie dobrze.



Berberysowa


Róże w  lawendzie, która nawet jeszcze nieśmiało kwitnie.


Ciężka praca mi służy, co wiem od dawna, od razu poczułam się lepiej, jutro zaczynam mój trzydniowy dyżur uczelniany, a zatem do wtorku bez ogrodów.
 


wtorek, 14 października 2014

Grabię, grabię i ..... grabię...

Jak w tytule ;-)

Dzisiaj naprawdę miałam chwilę zniechęcenia. Tylko chwilę. 

Powód? 

Kiedy przyjechałam na Młociny zobaczyłam ogród dokładnie przykryty liśćmi. Po 4 godzinach sprzątania, kiedy odjeżdżałam, zobaczyłam .... ogród dokładnie przykryty liśćmi!

Wywiozłam trzy wielkie wory liści - nie nadają się na kompost, większość z nich jest porażona rozmaitymi chorobami, bo pochodzą ze starych drzew owocowych. Szczególnie grusza, którą trzymam wyłącznie ze względu na jej urodę, teraz ma wszystkie liście pokryte chorobowymi zmianami.

Grabiłam, zbierałam, ale co tylko powiał wiatr, trawnik i rabaty znowu były pod liśćmi. 
Nie zrobiłam więc dzisiaj żadnego zdjęcia, bo bałagan, ale powinnam, bo róże w nowych pąkach, na rudbekiach nowe kwiaty, bluszcz pięknie zarasta rabaty wokół traw, a trawy nadal cudne.
No chyba z wyjątkiem Zebrinusa. Ten u mnie zawsze schnie najwcześniej, inne miskanty,  np. Gnome to nadal ogrodowe cudo.

Nie wiem co jutro, bo gardło boli jak głupie, mam gorączkę, ale przecież ja nie choruję :-)

Tak dla przypomnienia - oto Miskant Gnome


Wspaniała trawa, polecam, tylko na palce należy uważać, bo tnie skórę boleśnie a rany goją się z trudem.

piątek, 10 października 2014

Ostatnia róża i pełnia lata

Co za niesamowicie piękny dzień!
Lato w pełni w październikowy dzień i gdyby nie te stosy suchych liści można by mieć wrażenie, że to lipiec. Ale i tak cudownie, nawet grabienie liści w taka pogodę to przyjemność. A kto ma ogród, to wie, że teraz to podstawowe zajęcie ogrodnika.

I tak pławiąc się w tym październikowym słońcu niespiesznie a to grabiłam, a to przycinałam, a to piłam herbatę... Wreszcie czas znowu jest mój! Po wrześniowym spiętrzeniu pracy, znowu równowaga i powrót do wolności.

A pijąc herbatę cieszyłam oczy takimi widokami

- ten najbliższy miejsca, gdzie zwykle siedzę: Miskant Gnome przepleciony z zasychającym Wiesiołkiem


- na wprost mam Pęcherznice, ale tu już chyba wkrótce czeka nas rozstanie. Listki schną i opadają jesiennie...


- po prawej stronie mam róże





Tego już nie widzę z miejsca moich herbacianych posiedzeń, ale lubię bardzo ten widok, szczególnie kiedy zachodzi słońce i rzuca te swoje płomienne ogniki, w których nawet zwykłe rozchodniki wyglądają bajecznie.



Siedząc na tzw. przyzbie mam tez ten widok


A tu juz z całkiem innej strony, ławeczka w cieniu morw



i nie kończąca się zabawa kolorami na płocie


Uwielbiam te moje rude i te kocice 



:-)

wtorek, 7 października 2014

Cebulowe w ziemi

Uff! wydawałoby się takie sadzenie cebulek to lekka i przyjemna praca. Przyjemna jest na pewno, tylko przy kilkuset cebulkach i w sytuacji kiedy trzeba dotrzeć do różnych zarośniętych zakątków, by tam wcisnąć cebulki, a ziemia często po suchym lecie twarda, to staje się także ciężką pracą. Nadal wielka przyjemność, jak się oczyma wyobraźni zobaczy te łany - oby! - kwiatów na wiosnę.

Wszystkie cebule znowu w ziemi. Jedynie krokusy zostały w ziemi na lato. Inne - tulipany, hiacynty, narcyzy, czosnki, szafirki - pracowicie wykopałam przed pełnią lata. Niewątpliwie podwoiłam zasoby cebulowe od jesieni, a do tego mogłam gołym okiem zobaczyć jak śliczne i zdrowe cebule mam teraz na jesieni. Ja wiem, że to ciężka praca, ale wiem też, że co roku będę powtarzać ten sposób traktowania cebul. 

Z własnego doświadczenia wiem, że tulipany, których kupiłam sporo w pierwszym roku i pozostawiłam w ziemi, po dwóch latach niewiele przetrwało.

Zanim jednak zabrałam się za cebule, najpierw skosiłam trawnik - pewnie to już wkrótce koniec koszenia, trawa rośnie wolniutko, ale przy okazji koszenia kosiarka wspaniale zbiera suche liście. Jak odkurzacz. Dwa w jednym!

Skoszone.


Potem rozstawiłam rozmaite pojemniki z cebulkami w miejscach gdzie mają rosnąć i wtedy zdałam sobie sprawę, że muszę najpierw podzielić Przetaczniki, bo tam chciałam dodać niebieskie hiacynty. Kępa przetaczników z dwóch malutkich doniczek rozrosła się wielokrotnie, a i kwitnienie w tym roku było tutaj słabe. Te które oddzieliłam na wiosnę kwitły i rosły pięknie. Jak z wieloma bylinami dzielenie i przesadzanie to konieczność. Podzielenie bryły o średnicy około 50 cm wymagało szpadla i sporo siły. Rozsadziłam przetaczniki w dwa miejsca, w każdym po 8 sadzonek!

Miałam zrobić nawet zdjęcia z tego dzielenia, ale byłam tak umorusana po walce z korzeniami przetacznika, że nie miałam jak użyć aparatu, a do tego presja czasowa - cebule czekały, a jutro sadzę drzewa. Oj, jest co robić ;-)

No to cebule czekają 





Tak jak wspomniałam, ziemia bardzo sucha, sadzenie trudne. Potem wlałam mnóstwo wody po posadzeniu, by cebulki dobrze się ukorzeniły. Deszcz byłby teraz zbawieniem, ale raczej nie ma co na to liczyć.

A ogród nadal cieszy barwami. Pęcherznice powoli tracą liście, ale jeszcze nadal cudnie zdobią


Podobnie Róża pomarszczona, ale w tym roku schnie znacznie szybciej.


I wreszcie w swojej pełnej krasie Kalina koralowa Roseum - Opulus viburnum. To jej trzeci sezon i dopiero teraz pokazała co potrafi. Jeszcze tylko koralików mało.


I tak ledwie żywa, ale szczęśliwa, bo plan wykonany zabrałam szpadel i inne narzędzia, by jutro walczyć z ugorem i sadzić drzewa.

A jeżeli ktokolwiek miałby wątpliwości, to od razu napiszę - tak, to jest ciężka praca, to jest zobowiązanie wobec kawałka ziemi, która jest nasza, to jest niekończące się zadanie, ale nie potrafię sobie wyobrazić niczego innego, co dałoby mi tyle satysfakcji i przyjemności, jak ta przyziemna praca.

I tylko proszę o deszcz!