Tyle trwać musi przerwa w moich ogrodowych zmaganiach teraz, kiedy pracuję. Sobota, niedziela i poniedziałek to moje dni zawodowe, od wtorku do piątku włącznie nadal robię co chcę. Bardzo mi ten układ odpowiada, bo nie lubię 'łykendów' i cieszy mnie, że mogę jechać do pracy, kiedy wszyscy jada na działki i odwrotnie.
Tak też i dzisiaj, jak tylko padać przestało pojechałam na Młociny. Po trzech dniach nieobecności i ostrym wietrze ogród znowu wyglądał jak wysypisko liści, a do tego wiatr rozniósł je absolutnie wszędzie. A zatem da capo al fine czy jak kto woli syzyfowa praca grabienia trwała przez 4 godziny tym razem. Pocieszam się, że na drzewach liści już naprawdę niewiele i wkrótce będę mogła zacząć przygotowania do zimy.
Mam spore zapasy kompostu, które chcę rozprowadzić na rabatach, obsypać co wrażliwsze rośliny pod korzeniami, ale póki na rabatach nadal zwały liści to nie ma sensu. Pomimo jesieni ogród nadal nie straszy pustką, ani nie wygląda szaro i smętnie. Sporo nadal zieleni za sprawą traw, kolorów, ale coraz mniej bo nawet pęcherznice już łysawe, trawnik zieloniutki dzięki systematycznemu wygrabianiu sianka, generalnie nie jest źle.
A może tylko tak mi się wydaje?
Hiszpański dziadek znowu widoczny zza pnączy
Śnieguliczka koralowa jeszcze się złoci
Ale najwięcej zieleni to trawy wszelkie.
A kolory, to berberysy
I bardzo ciekawy w tym roku wzrost Budleji. W ub. roku zmarzła i zginęła po wrześniu, a teraz wypuszcza takie cudne srebrne liście.
A na całkiem pustej rabacie nadal nie jest pusto, bo Gajowiec i Dąbrówka trzymają się mocno ;-)
Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli ruszam do Borkowa zobaczyć jak rosną moje drzewa.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz