Domowa demolka w postaci wymiany rur i całej wodnej instalacji od paru dni przykuła mnie do domu. W kurzu, hałasie, nieco podłamana widokiem mojego do niedawna domowego zacisza uciekam w obrazy z lepszego świata, z mojego ogródeczka na Młocinach.
Oglądając zdjęcia z kolejnych lat odkrywam zapomniane, a czasem już nieistniejące zakątki sprzed lat. Z przyjemnością śledzę zdjęciową historią sadzonych przeze mnie roślin. Jedne rosły lepiej, drugie gorzej, niektóre w ogóle nie przetrwały. Tak czy inaczej oglądając te zdjęcia uświadomiłam sobie ile pracy, wysiłku, nadziei wpakowałam w ten kawałek ziemi, przecież nie zawsze osiągając zamierzone efekty, a i raz osiągnięte wcale wieczne nie są, bo to natura, bo wszystko przemija.
Kataloguję teraz moje roślinne historie i właśnie skończyłam obrazkowy przegląd pod tytułem Świerk.
Oto moja mizerota, gratisowa roślinka, która przyjechała do mnie w czerwcu 2012 roku. Tu stoi sobie jeszcze w domu na tarasie.
Już rośnie, tylko prawie jej nie widać, a i działka po blisko roku od jej 'narodzin' też pustawa i głównie trawiasta.
W grudniu 2012 roku.
Maj 2013.
W maju 2013 roku świerk dostał towarzystwo.
Po roku, w czerwcu 2014 w maju, lipcu i listopadzie.
A to już lipcowa susza 2015.
Jesień 2015, listopad.
W listopadzie poza 'płonącą' Pigwą zielony świerk cieszy w pustym ogrodzie.
Byle do wiosny, a domowa demolka powoli dobiega końca, tylko jeszcze trzeba to wszystko posprzątać i doprowadzić do ładu. Ogródek wysprzątany dwa dni temu po szalejącej wichurze poczeka do wtorku.
Ciekawe czy pierwiosnek, który zakwitł jakby specjalnie na nasze narodowe święto, jeszcze nadal będzie się żółcił.
Zdjęcie marniutkie, bo teraz nie wożę ze sobą aparatu i dopóki nie odzyskam czterech kółek - jeśli odzyskam - jakoś nie mam ochoty robić zdjęć.