Po ostatnich kilku dniach w pracy przypomniałam sobie co oznacza stres, psychiczne zmęczenie, frustracja. Na szczęście - inaczej niż przed paroma laty - mam swoje ogrody i kiedy dzisiaj wreszcie wyrwawszy się z objęć pracoholizmu dotarłam tutaj na Młociny, w kilka chwil wszystko to co, było moim udziałem przez ostatnie dni stało się po prostu nierzeczywiste. Z każdą minutą dystans do jeszcze niedawnego stresu, czy frustracji rósł coraz większy, po godzinie zapomniałam o wszystkim, otoczona jesienią mojego cudu na Młocinach ;-)
Mam wrażenie, że im więcej stworzymy sobie tego naszego, własnego świata, tym bardziej stajemy się odporni na wszelkie zło świata zewnętrznego, gdziekolwiek on jest, w pracy, na ulicy, w sklepie. Wszędzie tam gdzie może nas dopaść ludzka zawiść, małość, złośliwość. A jest tego niestety tak niezwykle dużo.
Teraz siedzę sobie przy moim ulubionym angielskim biurku, a stres ostatnich dni jest jedynie wspomnieniem. Do tego kolory jesieni zaczynają być tak bajeczne, że wraca utracona na kilka dni radość życia. Gdybym miała ogród od zawsze, od zawsze byłabym jeszcze bardziej szczęśliwym człowiekiem, jeśli to możliwe...
A oto kolory mojej dzisiejszej jesieni, tylko nieco zaśmiecone liśćmi i opadłymi owocami. To zdjęcia zrobione jeszcze przed porządkami.
Berberysy, moje ukochane krzewy, mają chyba wszelkie odcienie zieleni, czerwieni, żółci...
A tak po dwóch latach wygląda bardzo brzydki słup obrośnięty wiciokrzewem zaostrzonym. Co za bestia z tego wiciokrzewu! Zaczynam się obawiać, że niedługo pokona słup ;-))))
Wszystko razem...
Bergenia w jesiennych barwach
Zbiory blisko
jeszcze trochę tych kolorów
I murek, który postawiłam rok temu. Bodziszki od Ewy G. na pierwszym planie, a nad - ławeczka własnej roboty - przewiesza się Dębolistna
Na koniec dzisiejsze zbiory
Czas do kuchni robić przetwory :-)
No i czy można stresować się, jak się ma takie malutkie zielone cudo ;-)))) Całe 185 metrów kwadratowych!


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz