Niemal jesienna słota za oknem i jakoś wcale mnie to nie martwi!
Od rana czekałam na ten deszcz. Pojechałam na Młociny posprzątać liście, jabłka, wygrabić trawnik, tak by ten deszcz już tylko uzupełnił moje porządki. Niestety nie doczekałam się, więc podlałam wszystko i wróciłam do domu. Jak tylko dotarłam do domu, już na parkingu spadły pierwsze krople deszczu, a teraz deszcz tłucze o szyby, jakby to był listopad. Jakże mnie to cieszy.
Wymęczony ogródek wreszcie odpocznie. Na zdjęciach widać, jak wysuszone i zmarniałe są Młociny. Wprawdzie dzisiaj wreszcie tylko cień, nawet bym powiedziała ponury, ale jakże to cieszy.
Kiedy pod koniec pobytu na Młocinach siedziałam sobie cichutko pod jabłonkami, nagle nad moją głową zaczęła się ptasia wojna. Zlatywały się wręcz stada ptaków bez skrupułów zjadających moje jabłka. Próbowałam je uchwycić na zdjęciach, ale gęstwa liści nie bardzo na to pozwala. Jednego grzesznika widać, drugi odlatuje.
Obdziobane są niemal wszystkie jabłka i gruszki. Nie wiem co z tym robić, bo owoce jeszcze niedojrzałe, ale zanim dojrzeją, to już ich nie będzie.
Inna rzecz, że mam tych owoców tyle, że może jednak dam sobie spokój i podzielę się z ptakami. Przy tej suszy pewnie im też jest to potrzebne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz