Jechałam przez wymarłe miasto. Warszawa, godzina 13.00, pojedyncze samochody, gdzieniegdzie ludzka istota, do tego szara pogoda, w sumie taki smętny początek roku, ale że już nie jest trzynasty z założenia ma być lepszy. Nawet nocna strzelanina była jakby mniej dokuczliwa, a pies po raz pierwszy w swoim życiu nie reagował w ogóle na huki i błyski petard. Wszystkie poprzednie noworoczne celebracje były dla niego prawdziwym koszmarem, dygotał, z trudem oddychał, ujadał...
Czyli już dobry początek. Chociaż byłby lepszy bez informacji, że niemal 200 tysięcy kosztowały fajerwerki warszawskie. Co za marnotrawstwo!
Na działce u mnie wszystko na swoim miejscu, ale kilkadziesiąt metrów dalej spalony domek, cały ROD bez prądu. Fajerwerki? Nie wiadomo. I po co komu świętować w taki sposób zmianę jednej cyfry w kalendarzu?
W ogrodzie bez zmian, tylko wszystkie krokusy wystawiły kły. Może zapowiadają jednak wczesną wiosnę? Tak chcę to widzieć, chociaż działka jakoś nie cieszy, odkąd wiem, że to może być ostatni rok tutaj. Na szczęście jest nowa ustawa, zabiorą ten ogród, muszą dać inny teren, tylko wtedy znowu trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa.
W drodze powrotnej do domu cudem nie zabiłam psa. Wyskoczył prosto pod koła, ale że miesiąc temu zmieniłam klocki hamulcowe, samochód niemal stanął dęba, ale w miejscu. Pies szurnął po karoserii i po chwili zniknął wśród domów po drugiej stronie ulicy.
Tylko ja nie od razu mogłam ruszyć dalej...
Nie było właściciela, być może to był właśnie taki po-fajerwerkowy pies, uciekający przed wszystkim prosto pod koła mojego samochodu.
No jednak dobry początek roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz