Pojechałam dzisiaj po pracy na młocińskie metry działkowe, a tam szarość...
Z tej wiosennej żywotności sprzed kilku dni niewiele zostało. To znaczy nic nie zmarzło, tylko wszystko jakby bez życia, zszarzało.
Sądzę, że jednak mroźne noce i dni z zimnym wiatrem zrobiły swoje. Wegetacja zatrzymała się, przyczaiła, czeka na ciepło.
Żadnych nowych zdjęć, bo nie ma dość wdzięcznych obiektów. Z zazdrością patrze na te krokusowe łany u moich południowych i angielskich znajomych. Nam przyjdzie jeszcze sporo na to poczekać.
Ale... jak było rok temu? Ano nic nie było, jedynie w czasie moich rowerowych wędrówek fotografowałam
te ptaszyska ;-)
Co więcej, za radą znawczyni ornitologicznych prac zgłosiłam 'moje' Łyski do POLRINGU i po paru tygodniach dostałam odpowiedź o poprawnym zidentyfikowaniu tych ptaków.
Tyle jest piękna w naturze!






Krysiu przypatrzyłaś się ich łapkom? Jakie dziwaczne : ) Pierwszy raz widzę ten gatunek... Czas teraz przejściowy, trochę nijaki i denerwujący, trudno zachować optymizm. Ja bardzo od niechcenia posiałam kilka roślinek na parapecie i czekam. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTak, te łapy też zwróciły moją uwagę. Bywają akurat blisko Ciebie, na Kępie Potockiej ;-)
OdpowiedzUsuńTa pogoda jest bardzo denerwująca, takie nie wiadomo co, a człowiek aż się rwie do pracy w ogrodzie...
Na razie niczego nie sieję, bo mam złe doświadczenia z ubiegłego roku. Za wcześnie zaczęłam, potem powyciągały mi się te siewki, marne były. Miałam też takie 'pędzone' na parapecie liliowce. W tym roku jestem cierpliwsza ;-)