więc pojechałam na działkę. Posadziłam kanny, nacieszyłam oczy zielenią i ciszą, po raz kolejny z niedowierzaniem cieszyłam się moim nowym wcieleniem - nie szykuję świąt, żadnych. Po raz pierwszy w moim życiu nie wykonałam pracy w kuchni, nie ugotowałam tradycyjnych potraw, nie wykupiłam pół sklepu by stół był bogaty.
Jutro wsiądę na rower i pojadę sobie na wędrówkę w ładne rejony stolicy, a święta to tylko kalendarz.
A działka dzisiaj wygląda tak
Posadzone kanny jeszcze wiotkie, ale dostały taka porcję humusu w płynie, że muszą wstać. Tylko wiatr mnie nieco martwi.
Początki egzotycznej rabaty
A tulipany z uporem godnym lepszej sprawy nadal w pąkach
także hiacynty
Te wśród berberysów też nie zamierzają chyba kwitnąć







No i pojechałam, tyle że ulewa mnie zaskoczyła ;-) Wróciłam jak zmokła kura. A taki był słoneczny poranek. Inna rzecz, że dla moich kann taki ciepły deszcz bardzo dobry jest.
OdpowiedzUsuń