Kilka dni przerwy i jak miło znowu cieszyć się tą własną zielonością. Jakoś udało się opanować pracowe szaleństwo i oto znowu długie godziny na Młocinach i powoli jakby odzyskiwany spokój. Jak dobrze, że są ogrody.
Najpierw koszenie trawnika, potem cięcie wąsów na obrzeżach rabat, potem grabienie, potem podlewanie. Zawsze grabię i podlewam trawnik bezpośrednio po koszeniu - inaczej świeżo ścięta trawa zasycha w słońcu i robi się biała. Grabienie napowietrza trawnik i usuwa zawsze sporo martwej trawy na poziomie korzeni. Oczywiście kosiarka ma kosz, ale to nie o grabienie skoszonej trawy chodzi, a o wyczesanie suchych traw, rozmaitych pozostałości i o takie ożywienie ogólne trawnika. Działa.
A oto kawałek mojej zielonej połaci po koszeniu dzisiaj.
Tojeść i Trojeść
Żurawkowy gąszcz
Hortensje wyhodowane z patyczka
Rokitnik, krzew ulubiony ;-)
Kolejne wcielenie kwiatów Rodgersji. Teraz otwierają się białe kwiaty z czerwonych pąków
Berberysy!
Bagatelle
Kolejny etap w rozowju Rudbekii Black Beauty. W tle Wiciokrzew zaostrzony w szaleństwie kwitnienia.
Pęcherznice czekają na sekator, ale jakoś żal...
Jutro też tutaj. Wyjazd do Borkowa i praca w święto na wsi raczej nie do przyjecia.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz