Miałam w planach na dzisiaj Borków, ale rano jakoś nie mogłam się zmobilizować i w efekcie spędziłam kilka uroczych godzin na Młocinach. Uroczych, bo dzień zrobił się piękny, a ja byłam sobie wśród moich roślin bez pośpiechu i morderczego zmęczenia, jak w Borkowie.
Do tego ogród nadal pełen zapachów - każde przejście ścieżka i poruszenie kwiatu Rodgersji to chmura niesamowitego aromatu. Owady też kochają ten kwiat.
Małe liliowce kwitną i kwitną. W ubiegłym roku było znacznie mniej kwiatów i jakoś szybko zmarniały im liście.
Dzwonek kwitnie, ale to jest rabata w pełnym słońcu i jakoś w tym roku tutaj mam same porażki :-( Dzwonek ledwie zipie, zniknęły dwie kępy pięknej jeżówki, zniknęła ostróżka, nie ma Krokosmi.
Wiadomo, na pęcherznice i berberysy zawsze można liczyć ;-)
Lawendy coraz więcej, towarzyszy jej Tojeść kropkowana. Za każdym razem kiedy piszę o tej roślinie i tej drugiej z następnego zdjęcia pod drzwem, muszę się skupić i zastanowić - która to tojeść, a która to trojeść ;-)
Tu pod drzewem to oczywiście Trojeść bulwiasta o pięknej łacińskiej nazwie ASCLEPIAS TUBEROSA.
Czosnki coraz większe
Rudbekia też coraz większa, ale to już przekwitanie. Tyle że w tej postaci, lekko zasychająca może zdobić rabaty do późnej jesieni, a potem jako suszek nadaje się do suchego bukietu.
Nadal kwitnie wiesiołek, obok malutki szary przetacznik, w tle fantazyjne fontanny Miskanta Kabaret, w sumie nie jest tak źle, jak to widziałam w poniedziałek.
Rzecz w tym, że zawsze może być lepiej :-)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz