Pomimo ogromnego zmęczenia, które po wczorajszych zmaganiach w roli kosiarza w Borkowie wyszło ze mnie dzisiaj około południa, pojechałam jednak zobaczyć jak ma się mój ogródek pod gruszą.
Dopiero po dotarciu na miejsce dotarło także do mnie, w jakiej jestem kondycji. Bolały mnie wszystkie mięśnie, z trudem robiłam cokolwiek, do tego nasiliły się dawno zapomniane zakłócenia w widzeniu. Po dużym wysiłku, przy poruszaniu gałkami ocznymi latają mi w polu widzenia takie rozmaite cienie. Z czasem to się zmniejsza, ale dla mnie to sygnał, że przesadziłam i czas zwolnić.
Toteż więcej czasu spędziłam dzisiaj pijąc moją ulubioną herbatę wiśniową, niż przy pracy. Pozbierałam opadłe jabłka, trochę zgrabiłam liści, a że padało także i tu rabaty mokre, niewiele więcej do roboty nie było. Ale cieszę się, że pojechałam, bo wreszcie zakwitły dwa z moich nie żółtych liliowców. Dotąd kwitły tylko żółte.
Kwitnie też budleja
Albo raczej rozkwita. Reszta kit jeszcze pozamykana, dobrze że będzie chłodniej. Jutro praca, wrócę tu we wtorek.





A ja dzisiaj wiśnie zerwałam i konfiturę oraz nalewkę zamierzam zrobić. :)
OdpowiedzUsuńO to sporo ich masz! Ja ostatnią zjadłam wczoraj prosto z drzewka, sporo zjadły ptaszyska, ale te moje dwie wisienki to takie mikro drzewka. Starutkie, ale nie chorują i są takie ładne ;-)
Usuń