Im bliżej szarości późnej jesieni i zimy, tym bardziej obsesyjnie szukam koloru, życia.
Wiem, że zmiana jest naturalna częścią wszystkiego, ale przecież ciesząc się chwilą utrwalam te przemijające barwy dla własnej przyjemności.
185 metrów to adres tego bloga, bo tyle ma ogródeczek, który zrządzeniem losu stał się moim nowym miejscem na ziemi w 2011 roku. To ogródek w ROD na Młocinach w Warszawie. Opisałam tu historię powstawania, budowania, kształtowania tego zielonego miejsca. To była codzienna relacja z pracy w ogrodzie. Dzisiaj to już historia. Dla mnie. Ogródeczek ma nowych właścicieli. Blog zamykam, nic tu więcej już nie napiszę, ale na pewno będę wracać do wspomnień.
Wczesna, barwna jesień potrafi zachwycić. A brak kolorowych kwiatów przebarwiające się liście z powodzeniem je zastępują. :)
OdpowiedzUsuńTak, szczególnie że ja trochę dobierałam rośliny pod katem przebarwień jesiennych. Co nie zmienia faktu, że trochę z zazdrością oglądam jesienne kwitnienia, takie jak np u Ciebie.Ale astrów, chryzantem nie lubię, róże to nie moja specjalność, to co pozostaje? Może coś doradzisz?
UsuńNie bardzo wiem, co Ci polecić? Najpiękniej przebarwiają się berberysy, ale Ty je już masz. Może z bylin bodziszka wielkokwiatowego, niektóre odmiany żurawek? A z krzewów śnieguliczkę, azalię np. Klondyke, karłowe klony palmowe, perukowca?
OdpowiedzUsuńTak, bodziszki rosną u mnie świetnie, muszę rozszerzyć rodzaje. Żurawek mam sporo, natomiast krzewów już sadzić nie mogę, bo za mało miejsca. Śnieguliczki mam, azalie mi padły. Muszę obejrzeć te karłowe klony. Dziękuję :-)
UsuńByłam u Ciebie - tak samo - liście, liście... no i tak zimno, że nie mam ochoty na ogrody :-(