Ogródeczek umiera i nie zamierzam go ratować, tylko muszę pomyśleć o zmianie charakteru na dostosowany do obecnego klimatu.
Narew wyschła, ziemia spalona, aż trzeszczy pod nogami. Lanie wody by ratować trawnik jest dla mnie zabiegiem nonsensownym. A i tak efekt żałosny tylko woda zmarnowana, bo za chwile wyparuje. Ogród w tym ciągłym skwarze i w obecnej wersji częściowo bylinowej i tak powoli odchodzi.
Wczoraj była burza i 1-minutowa ulewa. Po kolejnych 5 minutach nie było po niej śladu. Może nadchodzące dni pomogą, ale uczucie smutku towarzyszy mi teraz codziennie. Jest po prostu coraz bardziej brzydko wokół. Kilka dni temu na jednej z większych arterii stolicy płonęła trawa w pasie tramwajowym. Założenie było wspaniałe - zielony pas zamiast brudnego kamienia wzdłuż szyn tramwajowych. Tylko to było w tamtym klimacie, którego już nie ma :-(
O dziwo liliowce nic sobie z tej pogody nie robią.
W tle zasychają hortensja 'Tardiva'. Z kwitnienia chyba nici, a taka była piękna :-( Rodgersje kompletnie uschły, ale to akurat wiadomo. One bez wody nie mogą być. Hosty też marnie wyglądają.
Tojeść jak by nie było upału
Lilie wkrótce pokażą swoją żółtość i będą pachnieć wspaniale
Wiśnio-czereśnie obrodziły. To jakaś zabawna krzyżówka wyhodowana przez poprzedniego właściciela działki. A słońce akurat pozwoliło im pięknie dojrzeć.
Jeszcze jest jako tako, bo u mnie przewaga prostych krzewów, a te daja radę w każdych warunkach. Gdyby nie ten trzeszczący trawnik...







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz