Tydzień od ostatniej wizyty i dość dramatycznego wpisu o ginięciu ogródeczka spalonego upałem, suszą. Przyznam szczerze, że miałam nadzieję na znacznie bardziej widoczną regenerację roślin, biorąc pod uwagę deszcz, niskie temperatury, brak słońca. Niestety szkody chyba zbyt wielkie i nie wiem w jakim stopniu do odrobienia.
Górne piętra ogrodu, czyli krzewy są bez zmian.
Wypalony trawnik
Zniszczone rabatki. Nawet hosty są w bardzo marnej kondycji. Byliny prawie bez wyjątku wycięłam, rabaty puste, albo z jakimiś rachitycznymi ostatkami.
Powyżej rzeczywisty trawnik. Taki jak wszędzie, gdzie nie leje się woda co noc z automatycznego nawadniania. Jestem wrogiem takiego marnowania wody, bo to egoistyczne i bez uzasadnienia.
Są jakieś kwiaty, chociaż tak jak na budlei to raczej taka bieda ;-)
Wycięłam co suche i brzydkie, przycięłam dławisza i winorośl, wygrabiłam wory suchych liści, podlałam hortensje i nadal nieco smutnie. Puste rabatki straszą i jakoś nie mam ochoty niczego sadzić.
Jest już trochę jesiennie :) U nas też wciąż sucho. Niby zrobiło się chłodniej i chmur przybyło ale deszcz nas omija. Od wczoraj mocno wieje i wysusza to co słońce nie wysuszyło. Cóż poradzić Krysiu? Cieszę się tylko, że mam w ogrodzie mnóstwo krzewów, które radzą sobie lepiej.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię bardzo ciepło!
Dziękuję za odwiedziny. Tak, krzewy to nasza ostoja. Wiem, że masz trzmielinę oskrzydloną, ta odporna jest chyba na wszystko - odpukać ;-)
Usuń