Nie od razu potrafiłam cieszyć się tą wolnością.
Po latach niesłychanie intensywnej pracy, w dodatku odpowiedzialnej, gdzie czułam się ważna i tak byłam odbierana, trudno od razu przestawić się na kompletnie inny tryb i umiejscowienie własnej osoby. Oto wszystkie moje dawne role odeszły do lamusa, a ja i mój każdy kolejny dzień zależą wyłącznie ode mnie, należą wyłącznie do mnie.
Powoli jednak docierało do mnie co innego - mogę spać do woli, nie muszę się spieszyć, mogę nie robić nic, albo w dowolnym momencie np. gdzieś wyjechać. Co miesiąc na koncie pojawiają się nowe środki i tak będzie już zawsze. Może nie są to środki dorównujące obrazkom emerytów na Karaibach z wczesnych reklam funduszy emerytalnych, ale przy założeniu pewnej dyscypliny czeka mnie w miarę wygodne życie. Może na to zasłużyłam? Parędziesiąt lat pracoholizmu, trochę talentów własnych i jakoś udało się wypracować tyle, że chociaż mogłoby być lepiej, bo zawsze może być lepiej, źle też nie było.
Czas więc wcielać w życie emerycką wolność. Bez wchodzenia w szczegóły, bo te kiedyś pewnie jeszcze opiszę, pierwszy rok to była mieszanka podróży, odzyskiwania młodzieńczej sprawności fizycznej, głównie na rowerze, no i komponent kluczowy - ogród.
Jeszcze nie ogród tylko tytułowe 185 metrów kwadratowych składających się z ugoru, chaszczy, śmietnika i rozpadającej się oranżerii.
Nie pokażę tym razem obrazka by nie psuć urody tego bloga, niebawem też dodam link do innego, czysto ogrodniczego bloga, gdzie opisuję sam ogród.
Ciekawiej wygląda natomiast sprawa, jak weszłam w posiadanie tych metrów, bo chociaż myśl o ogrodzie szczególnie od czasu przejścia na emeryturę niemal mnie prześladowała, nie miałam raczej żadnych perspektyw by to zrealizować. Zakup działki nie wchodził w grę z oczywistych powodów, zwanych finansowymi. Uprawiałam więc namiętnie rośliny balkonowe, zmieniając mój 4 metrowy taras w niezły gąszcz. Przynajmniej okresowo, bo jednak np. podróż do Portugalii zaowocowała uschłymi pnączami i atakiem przędziorka na pozostałe rośliny.
Ale bywało ładnie :
No i gdyby nie rower, pewnie by tak zostało. A co rower ma tu do rzeczy?
Ano było tak.....
Pojechałam rowerem do Lasu Młocińskiego. Ode mnie kilkanaście kilometrów, ale po kilku miesiącach na liczniku miałam już 800 km i takie dystanse to była błahostka. W drodze powrotnej z powodu budowy Mostu wtedy jeszcze zwanego Północnym zaplątałam się w okolice Wrzeciona. Parę lat wstecz to mogłaby być nieciekawa końcówka wyprawy rowerowej, biorąc pod uwagę nie najlepszą sławę tych okolic.
Ale to był rok 2011, a dzielnica niczym nie różniła się od innych. Nowe budynki przemieszane z pięknie odnowionymi wielkopłytowymi, zieleńce, P+J, Metro Młociny - elegancja w każdym kawałku.
No i otwarta brama do ROD im Huty Warszawa.
Niewiele się zastanawiając wjechałam rowerem w zielone alejki zalane lipcowym słońcem. Cisza, spokój, ani żywej duszy. Na końcu alejki para młodych ludzi robiła porządki na zrujnowanej działce pokrytej hałdami ziemi, tuż za ta działką widniała bowiem budowa wspomnianego już mostu. Budowa ta wchłonęła sporą część ogrodu. Ha, pomyślałam, historia lubi się powtarzać. Bez specjalnej nadziei na cokolwiek zapytałam młodych ludzi, czy może są jakieś wolne działki i oto padła odpowiedź, która mną lekko wstrząsnęła. Odpowiedź bowiem była twierdząca ze wskazaniem na działkę przed która stałam. To była pozostałość po tym, co ze sporej niegdyś działki zostało po wyznaczeniu trasy mostu. Do tego działka prze kolejne lata służyła głównie jak przytulisko dla mniej nagrodzonych przez los. Z racji hałd śmieci, chaszczy i znikomej powierzchni nie było na nią chętnych.
Ja byłam.
W kilka dni załatwiłam formalności i oto w dniu 22 lipca 2011 roku przy pomocy kombinerek usunęłam zwoje kolczastego drutu z pogiętej furtki i stanęłam na progu mojej posiadłości. CDN ....
Niewiele się zastanawiając wjechałam rowerem w zielone alejki zalane lipcowym słońcem. Cisza, spokój, ani żywej duszy. Na końcu alejki para młodych ludzi robiła porządki na zrujnowanej działce pokrytej hałdami ziemi, tuż za ta działką widniała bowiem budowa wspomnianego już mostu. Budowa ta wchłonęła sporą część ogrodu. Ha, pomyślałam, historia lubi się powtarzać. Bez specjalnej nadziei na cokolwiek zapytałam młodych ludzi, czy może są jakieś wolne działki i oto padła odpowiedź, która mną lekko wstrząsnęła. Odpowiedź bowiem była twierdząca ze wskazaniem na działkę przed która stałam. To była pozostałość po tym, co ze sporej niegdyś działki zostało po wyznaczeniu trasy mostu. Do tego działka prze kolejne lata służyła głównie jak przytulisko dla mniej nagrodzonych przez los. Z racji hałd śmieci, chaszczy i znikomej powierzchni nie było na nią chętnych.
Ja byłam.
W kilka dni załatwiłam formalności i oto w dniu 22 lipca 2011 roku przy pomocy kombinerek usunęłam zwoje kolczastego drutu z pogiętej furtki i stanęłam na progu mojej posiadłości. CDN ....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz