Po wczorajszej wieczornej ulewie i burzy od rana nie mogłam się zdecydować co robić dalej. W planie były Młociny i piłowanie desek na daszki do płotu, ale co chwilę nadciągające czarne chmury i mżawki, jakoś mnie powstrzymywały i tkwiłam całkiem niezdecydowana w domu.
Do tego wiadomości z Borkowa od ulubionego sąsiada były takie, że najchętniej jechałabym od razu z powrotem na wieś. Tylko rozsądek - mam go nadal sporo ;-) - nakazywał przeczekać. Sąsiad wysłał zdjęcia z Borkowego potopu. Jeśli kiedyś mogłam narzekać na niski poziom wody w stawie to już historia...
Ostatecznie zapakowałam piłę i inne akcesoria do samochodu i pojechałam robić daszki. Jak to na Młocinach - najpierw sprzątanie. Kolejne wiadra liści i zgniłych jabłek i gruszek. Kiedy ogród już lśnił, złożyłam rozkręconą na zimę pilarkę (jeszcze nie używana w tym roku!), przygotowałam stanowisko do obróbki desek i .... niestety.
Miałam na miejscu wszystko z wyjątkiem oleju do pilarek. Ten niestety zimował w domu, a ja jakoś przeoczyłam ten fakt. Piłowanie 'na sucho' raczej źle by się skończyło, więc kolejny dzień daszki będą jedynie tworem mojej wyobraźni.
Jak zwykle jednak ogród młociński dostarczył dość powodów, by uniknąć frustracji i spokojnie odłożyć w czasie kolejne realizacje. Bo przecież jutro też jest dzień :-)
A te powody to np. Hibiscus gotowy do kwitnięcia
Imperata, która wreszcie zdecydowała się wyglądać jako tako ;-)
I inne zakątki ogrodu, które zawsze cieszą.
Dla moich czytelników, którzy nie znają historii tego miejsca dodam, że w lipcu 2011 roku, a więc trzy lata temu tu było wysypisko śmieci. Stworzony ogród - czy to jest już ogród? - to całkowicie dzieło moich rąk i nauce czerpanej z kolejnych forów i internetu. Codziennie uczę się czegoś nowego i to jest jedna z wielu zalet podejmowania kolejnych wyzwań w każdym wieku. Tak ja to w Borkowie. Może porwałam się z 'motyką na słonce', ale dzięki temu walczę i wiem, że warto. Polecam :-)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz