Czarne koty, 13-go w piątek nigdy mnie jakoś specjalnie nie przejmowały, w przesądy nie wierzę, żadne magiczne daty także. Do tego dzisiejszy dzień piękny niezwykle, w pracy uspokojenie i super pozytywne zamknięcie zmagań z ostatnich dni, czas by odwiedzić Młociny i nacieszyć się słońcem.
Wprawdzie objazdy w północnej części stolicy utrudniają te odwiedziny, ale to nie traktory na Zakręcie i dało się dojechać bez problemu. A w ogrodzie z daleka powitała mnie zielona trawka.
Wprawdzie jeszcze mocno zmierzwiona i nieco przyschnięta, ale wkrótce grabie w moich rękach przywrócą ją do letniej świetności. Żadnych śladów pleśni, no bo zima była przecież żadna, tylko ziemia dość zbita, buty z kolcami będą bardzo przydatne.
A tu berberysowa w słonku. Krawędzie trawnika wąsate, kolejna praca czeka.
Hortensja pnąca złoci się pąkami i oplata pień starej śliwy, co juz zakończyła żywot.
Krokusom jednak bardzo się spieszy
Szafirki też wychodzą z ziemi
Kostrzewy
I całkiem już suchy Miskant Gnome, przed nim krzew Pigwy.
W słońcu naprawdę ciepło, a do tego tak ślicznego światła dawno już nie widziałam. Pozaglądałam w różne kąty i pomyślałam, że to już blisko, kiedy praca w ogrodzie znów będzie na pełny etat :-)
Do tego stale przed oczami mam obraz z mojego dzisiejszego snu - kilkadziesiąt psów biegnących radośnie razem przez nieznane mi miejsce, a wśród nich charakterystyczna sylwetka Grina, radosnego, w pełni sił, szczęśliwego w tym psim towarzystwie, tak że nawet na mnie nie spojrzał. Może tak wygląda psi raj...









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz