poniedziałek, 2 grudnia 2013

Gąska - dalszy ciąg...

Pieczenie gęsi wymaga czasu i cierpliwości. Trwa to - w zależności od ptaszyska, które udało się nam kupić - od 2,5 - do nawet 4 godzin. Co jest ważne.
Po pierwsze, by temperatura - po nawet dość wysokiej początkowo, ok. 200 stopni - potem była znacznie niższa, ok. 160 stopni.
Ważne jest też, by gęś leżała na kratce, a wytapiany tłuszcz spływał do brytfanny poniżej.
Kolejna sprawa to woda, która musi być dolewana do wytapianego tłuszczu. Inaczej ten zacznie się palić, sczernieje, będzie go coraz mniej i nie będzie czym polewać gęsi.
A polewanie co 15-20 minut to jedyna droga by gęś po wytopieniu tłuszczu nie stała się sucha i łykowata.
Przyznam, że to polewanie gęsi z głową niemal w piekarniku nawet jesienią, w zimny bury dzień, to jednak nie jest bardzo przyjemne. Nie polecam pieczeni gęsi w lecie. Nigdy!

No cóż moja gęś okazała się kulinarnym sukcesem, była miękka, soczysta, odchodziła od kości, nie była tłusta, dzięki majerankowi, jabłkom i suszonym śliwkom bardzo aromatyczna. Mało słona, bo soli użyłam tyle, ile to konieczne, ale bardzo mało.


Polecam na zimowe wieczory.

niedziela, 1 grudnia 2013

Zamiast rabatki

Ogród niestety czeka na wiosnę. Ja też. Nic tam do roboty już nie ma, więc zamiast rabatek dzisiaj obrabiam gęś. 
Syn miał taki pomysł, by poprawić nasze statystyki w kwestii jedzenia gęsiny, a z tym jak wiadomo kiepsko. Po piątkowych poszukiwaniach gęsi po Warszawie chyba wiem co może być przyczyną. Nie tylko cena. Kupienie tuszek gęsich graniczy z cudem. Nie ma. Udało mi się znaleźć ptaka w całości. 3-4 kilogramy, będziemy go jeść przez tydzień. Dobra, kołudzka, wyrwana z niemieckiego eksportu.

Całą sobotę gęś wylegiwała się w majeranku, soli i winie. Dzisiaj, po zapakowaniu w niej czterech dużych zielonych jabłek z dodatkiem suszonych śliwek, od dwóch godzin siedzi w piecu i nadal twardawa. Zapach w domu jabłkowo-gęsi, a i wygląd już ma niezły.

Za godzinę będzie na półmisku.

Wino też jest, stół nakryty, czeka nas uczta...

sobota, 30 listopada 2013

Wspomnienie lata

Pogoda dzisiaj jest taka, że z wielka przyjemnością oglądam sobie obrazki z lata tego roku. Nie uważam, że to widoki doskonałe. Uważam natomiast, że dla mnie najpiękniejsze, bliskie, budzące radość, bo wszystko wypracowałam własnymi rękoma. 

Po dwóch sezonach ogrodowych i szczupłym budżecie trudno bowiem oczekiwać ogrodowego bogactwa. Oglądałam niedawno zmiany w ogrodzie, gdzie na kilka metrów do obsadzenia zostały zakupione rośliny w liczbie równej chyba moim dwuletnim zakupom, a wielkość roślin znacznie przewyższała rozmiary moich, nawet po dwóch latach.

Trochę żartobliwie nazywam takie ogrody 'ogrodami ze sklepu', bo powstają w kilka dni, a cały trud wyhodowania tych okazów poniósł kto inny. Efekt oczywiście zwykle wspaniały. Na jak długo? Tego nie wiem, pewnie zależy, czy właściciel takiego 'zmontowanego' ogrodu potrafi dalej o niego dbać.

Wracając zatem do moich letnich wspomnień, oto moje ukochane widoczki.


piątek, 29 listopada 2013

czwartek, 28 listopada 2013

Pod śliwą

Mój ogród z racji rozmiarów i rosnącej tu sporej liczby starych drzew owocowych, w każdym niemal kawałku można określić wg tych drzewek właśnie. Pod gruszą jest niemal połowa działki, reszta jest a to pod wiśnią, a to pod jabłoniami, pod morwami, pod brzoskwiniami, pod śliwą...  

Wcale to nie ułatwia tworzenia rabat, bo jak wiadomo pod drzewami nie wszystko rośnie dobrze. Z powodu cienia, korzeni, ale właściwy dobór roślin pozwala z czasem pokonać te trudności. A ja próbowałam i próbuję, ze zmiennym szczęściem niestety.

Pierwsze próby stworzenia rabaty pod śliwą zakończyły się bardzo marnym efektem.


Poszukując inspiracji w wiejskich ogródkach próbowałam stworzyć kompozycję z roślin, pieńków i kamieni. Do tego wszystko w trawie.


Mizerny efekt, do tego te biedne rośliny marniały w oczach. Pod koniec sezonu wykopałam stąd Głogownika, reszta roślin jako jednoroczne przeszła do historii.
W następnym roku zaczęłam inaczej i oto w kwietniu powstało nowe miejsce pod śliwą.


Miejsce bardzo słoneczne, więc jako pierwsze trafiły tu mało wymagające rośliny skalniakowe, Zawciąg nadmorski i Rozchodnik kamczacki.
Nawieziona masą dobrej ziemi rabatka czekała na wiosnę. W maju posadziłam tam otrzymane w prezencie Juki i tak zaczęła powstawać rabata w kilmacie śródziemnomorskim. Wkrótce pogoda pozwoliła dosadzić hodowane w doniczkach Kanny.


Dołączyła sadzonka Rącznika. W maju malutkie sadzonki Zawciągu i Rozchodnika oraz Piaskowca górskiego ożywiły rabatę, wspomagane przez dolomitowe kamyki.



Oj, brody trawnikowych krawędzi nie ostrzyżone, jakże szpecą.

W połowie czerwca rabata dostała nowy element kompozycji - spory konar, ucięty z uschłej brzoskwini.


17 maja po gradobiciu poszatkowane liście pacioreczników, wymrożony piaskowiec.

  
Rącznik przetrwał


W lipcu



W sierpniu zakwitły kanny


I na koniec widok w ostrym słońcu września.


Zdjęcie autorstwa Ireny Miłek opublikowane w portalu Ogrodowisko, w wątku
'Spotkanie w domu działkowca'

Czy łatwo jest być ogrodnikiem? Myślę, że to pytanie całkowicie retoryczne, a moja droga przez kolejne etapy rabaty pod śliwą pokazuje dobitnie, że trzeba lat...

środa, 27 listopada 2013

Trawnik

Nie o trawniku u mnie, chociaż głównie o tym będzie, ale będzie też o trawniku ogólnie, bo o trawnikach akurat wiem całkiem sporo. Swój założyłam od zera - jak wszystko w moim ogrodzie - i to całkowicie samodzielnie, jedynie z pomocą wiedzy zdobytej w internecie. 

Dygresja - internet jest w tej chwili dla mnie tak nieodzowny, jak niemal powietrze do oddychania. Wprawdzie żyłam całkiem długo bez tej formy oddychania, ale chyba mój organizm tak się przystosował do nowej formy, że już by nie potrafił inaczej. Zaznaczam, że korzystanie z internetu to wcale nie mała sztuka, bo to także śmietnisko i GB bzdur. Sztuką, tak jak w życiu, jest odsianie ziarna od plew.

Ale wracam do trawnika. Co zastałam w swoim nie-ogrodzie już pisałam, ale tak dla przypomnienia pokażę.



To jest moja działka już po wyczyszczeniu największego śmietniska. Widać klepisko z resztkami chwastów, nie widać natomiast drobnych śmieci, kamieni, kawałków szkła, pordzewiałych kawałków metalu przemieszanych z wierzchnią warstwą ziemi. Kopałam, grabiłam, wybierałam wszelkie zanieczyszczenia, wciąż wyrywałam rozmaite korzenie tkwiące głęboko w ziemi. Oczyszczenie powierzchni przeznaczonej pod trawnik, czyli około 150 m kwadratowych zajęło mi kilka tygodni.
Było też pozytywne odkrycie. W narożnej części działki, gdzie pod prowizorycznymi inspektami (deski przykryte taflami szkła) poprzednika natrafiłam na złoża urodzajnej ziemi. Gotowy kompost do użyźnienia całej powierzchni przeznaczonej pod trawnik.
Teraz pozostało już jedynie wyrównanie, utwardzenie pożyczonym walcem i można siać. 
Po paru tygodniach widok był taki


Widać jeszcze łysinki, jeszcze nie ma gęstej, równej zieleni, ale wkrótce i to się udało. W połowie października, czyli równo dwa miesiące po wysianiu trawy miałam gęsty, zielony dywan.


W końcu listopada wszędzie była zielona 'szczotka'.


A w marcu następnego roku w ostrym słońcu zieleń aż kłuła w oczy.


Kwieceń 2012

i majowa zieleń


A ja kosiłam, grabiłam, wyrywałam ręcznie chwasty, których wcale nie było już dużo i stopniowo było coraz mniej, pełna idylla. Jednakże ku przestrodze ogrodników, którzy sądzą, że posieją trawę i będą mieli spokój od razu piszę - trawnik wymaga ciągłej troski, regularnego koszenia, odchwaszczania, nawadniania, grabienia, napowietrzania, nawożenia......

Nie używam nawozów chemicznych, odżywiam więc trawnik rozsypując kompost.

W miejscach gdzie ziemia pod trawa jest zbyt zbita i widać zastoiny wody po deszczu konieczne jest rozluźnienie podłoża. Wystarczy ponakłuwać trawnik np takimi butkami (zakupione już w styczniu, leżą sobie w domu na stole)


a następnie wsypać w te otworki piasek. Spacer w tych butach po trawniku wprawdzie jest karkołomny, wymaga siły i dobrych wiązań na kolczastych butach, ale efekty dla trawnika są rewelacyjne. Warto się poświęcić. Oczywiście można użyć aeratora, ale to kolejna maszyna do przechowywania, a przy małej powierzchni trawnika, tak jak moja, wręcz trudna do zastosowania w rozmaitych małych zakątkach.

Jesienią z podobnych względów nie stosuję wertykulatora, ale niemal codziennie bardzo intensywnie grabię cały trawnik, wyczesując sporo suchej trawy z pomiędzy korzeni, likwidując w ten sposób filc, zbicie trawy w nieprzepuszczalne powierzchnie. Dzięki temu trawnik pod śniegiem nie będzie pleśniał i unikniemy jednej z trawnikowych plag, jaką jest pleśń pośniegowa.

Jest jednak plaga, której ani zapobiec, ani usunąć nie ma specjalnie jak. To chwastnica jednostronna. Trawa w trawie, która w jeden sezon jest w stanie zmienić zielony dywan do kłujące rżysko.
Wyglada tak:





Istnieją rozmaite wersje na temat tego skąd się bierze - z nawiezionej ziemi, rozpylona wiatrem, z ożywionych nasienników, które ponoć mogą przetrwać w ziemi kilkadziesiąt lat. Rozpoznanie jej nie jest trudne, ma grube, sztywne źdźbła, które po koszeniu bieleją, zasychają szpecąc trawnik. rozrasta się w coraz większe gniazda, wypierając dobrą trawę, a że jest to trawa, znane środki chemiczne jeśli zniszczą ją, zniszczą też dobra trawę.

Pozostaje ręczne wyrywanie, a że po wyrwaniu takiego gniazda pozostaje w trawniku dziura, trzeba od razu dosiewać w tym miejscu trawę, inaczej ponownie wyrośnie chwastnica. Walczę z nią drugi rok. Na jesieni w tym roku, miałam wrażenie, że chyba jej już nie ma. Jak jest naprawdę, okaże się jednak wiosną.