wtorek, 3 grudnia 2013

Kwiaty i kwiatuszki

Zawsze wiedziałam, że mój ogród nie będzie ogrodem kwiatowym. Oglądam wiele zdjęć, widzę je w okolicy, ogrody właściwie wypełnione kwiatami. Szczególnie w pełni sezonu, widok taki jest zachwycający, chociaż czasem blisko mu do kiczu, a pstrokacizna zbyt nachalna. Myślę, że stworzenie zrównoważonej estetycznie kompozycji kwiatowej to nie jest ani łatwa, ani prosta sprawa.
Zauważyłam, że nawet specjaliści od ogrodów uciekają od ryzyka pstrokacizny sadząc kwiaty jedynie w dwóch kolorach. Np. białym i czarnym. Trudno o bardziej klasyczne rozwiązanie, jedynie o czarne kwiaty jeszcze trudniej. Chociaż są, sama posadziłam cebule czarnych tulipanów.
O takie:

Dostałam je w prezencie od Miłej Pani.
I takie:

Zdjęcie nie moje, pochodzi z witryny gdzie kupowałam moje cebule.
No i czy to jest czarny kwiat? Tak czy inaczej, ocenię to dopiero na wiosnę.

Ale wracając do samej koncepcji ogrodu kwiatowego. Ja pstrokacizny i nadmiaru kolorów zdecydowanie nie lubię, sadziłam więc głównie krzewy, które jeśli kwitną to jest to kwitnienie raczej delikatne, takie jak np. w przypadku berberysów. Tyle że tak myślałam, a w rzeczywistości przybywało niepostrzeżenie kolorów. Kiedy na moim drugim blogu zaczęłam wspominać lato, nagle okazało się, że mój ogród kwitł nieprzerwanie od maja do listopada.

Maj. Kwitną azalie, ubiorek, kuklik, trzykrotka


A to był jak się okazało, tylko początek koloru. Wprawdzie utrzymanego w ryzach, bo w głównie jednak zielonej przestrzeni pojawiały się takie pojedyncze kolorowe akcenty, do tego dość delikatne i mało nachalne.

W czerwcu zakwitły irysy, a pod nimi dąbrówka


Kwitły liliowce i róże pnące


Zakwitł mikołajek alpejski


Clematis Polish Spirit obsypał się kwiatami


Rudbekie pokazały niebieskawe oczy


Kwitły tawułki i róża pomarszczona


Do kwitnienia szykowała się tojeść bulwiasta, kwitł dzwonek skupiony, w pąkach stała biała ostróżka.



Zakwitł wyczekiwany Clematis Paul Farges


A to był dopiero koniec czerwca...
Mam kwiaty, ale nie mam ogrodu kwiatowego. Tego jestem pewna.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Gąska - dalszy ciąg...

Pieczenie gęsi wymaga czasu i cierpliwości. Trwa to - w zależności od ptaszyska, które udało się nam kupić - od 2,5 - do nawet 4 godzin. Co jest ważne.
Po pierwsze, by temperatura - po nawet dość wysokiej początkowo, ok. 200 stopni - potem była znacznie niższa, ok. 160 stopni.
Ważne jest też, by gęś leżała na kratce, a wytapiany tłuszcz spływał do brytfanny poniżej.
Kolejna sprawa to woda, która musi być dolewana do wytapianego tłuszczu. Inaczej ten zacznie się palić, sczernieje, będzie go coraz mniej i nie będzie czym polewać gęsi.
A polewanie co 15-20 minut to jedyna droga by gęś po wytopieniu tłuszczu nie stała się sucha i łykowata.
Przyznam, że to polewanie gęsi z głową niemal w piekarniku nawet jesienią, w zimny bury dzień, to jednak nie jest bardzo przyjemne. Nie polecam pieczeni gęsi w lecie. Nigdy!

No cóż moja gęś okazała się kulinarnym sukcesem, była miękka, soczysta, odchodziła od kości, nie była tłusta, dzięki majerankowi, jabłkom i suszonym śliwkom bardzo aromatyczna. Mało słona, bo soli użyłam tyle, ile to konieczne, ale bardzo mało.


Polecam na zimowe wieczory.

niedziela, 1 grudnia 2013

Zamiast rabatki

Ogród niestety czeka na wiosnę. Ja też. Nic tam do roboty już nie ma, więc zamiast rabatek dzisiaj obrabiam gęś. 
Syn miał taki pomysł, by poprawić nasze statystyki w kwestii jedzenia gęsiny, a z tym jak wiadomo kiepsko. Po piątkowych poszukiwaniach gęsi po Warszawie chyba wiem co może być przyczyną. Nie tylko cena. Kupienie tuszek gęsich graniczy z cudem. Nie ma. Udało mi się znaleźć ptaka w całości. 3-4 kilogramy, będziemy go jeść przez tydzień. Dobra, kołudzka, wyrwana z niemieckiego eksportu.

Całą sobotę gęś wylegiwała się w majeranku, soli i winie. Dzisiaj, po zapakowaniu w niej czterech dużych zielonych jabłek z dodatkiem suszonych śliwek, od dwóch godzin siedzi w piecu i nadal twardawa. Zapach w domu jabłkowo-gęsi, a i wygląd już ma niezły.

Za godzinę będzie na półmisku.

Wino też jest, stół nakryty, czeka nas uczta...

sobota, 30 listopada 2013

Wspomnienie lata

Pogoda dzisiaj jest taka, że z wielka przyjemnością oglądam sobie obrazki z lata tego roku. Nie uważam, że to widoki doskonałe. Uważam natomiast, że dla mnie najpiękniejsze, bliskie, budzące radość, bo wszystko wypracowałam własnymi rękoma. 

Po dwóch sezonach ogrodowych i szczupłym budżecie trudno bowiem oczekiwać ogrodowego bogactwa. Oglądałam niedawno zmiany w ogrodzie, gdzie na kilka metrów do obsadzenia zostały zakupione rośliny w liczbie równej chyba moim dwuletnim zakupom, a wielkość roślin znacznie przewyższała rozmiary moich, nawet po dwóch latach.

Trochę żartobliwie nazywam takie ogrody 'ogrodami ze sklepu', bo powstają w kilka dni, a cały trud wyhodowania tych okazów poniósł kto inny. Efekt oczywiście zwykle wspaniały. Na jak długo? Tego nie wiem, pewnie zależy, czy właściciel takiego 'zmontowanego' ogrodu potrafi dalej o niego dbać.

Wracając zatem do moich letnich wspomnień, oto moje ukochane widoczki.


piątek, 29 listopada 2013

czwartek, 28 listopada 2013

Pod śliwą

Mój ogród z racji rozmiarów i rosnącej tu sporej liczby starych drzew owocowych, w każdym niemal kawałku można określić wg tych drzewek właśnie. Pod gruszą jest niemal połowa działki, reszta jest a to pod wiśnią, a to pod jabłoniami, pod morwami, pod brzoskwiniami, pod śliwą...  

Wcale to nie ułatwia tworzenia rabat, bo jak wiadomo pod drzewami nie wszystko rośnie dobrze. Z powodu cienia, korzeni, ale właściwy dobór roślin pozwala z czasem pokonać te trudności. A ja próbowałam i próbuję, ze zmiennym szczęściem niestety.

Pierwsze próby stworzenia rabaty pod śliwą zakończyły się bardzo marnym efektem.


Poszukując inspiracji w wiejskich ogródkach próbowałam stworzyć kompozycję z roślin, pieńków i kamieni. Do tego wszystko w trawie.


Mizerny efekt, do tego te biedne rośliny marniały w oczach. Pod koniec sezonu wykopałam stąd Głogownika, reszta roślin jako jednoroczne przeszła do historii.
W następnym roku zaczęłam inaczej i oto w kwietniu powstało nowe miejsce pod śliwą.


Miejsce bardzo słoneczne, więc jako pierwsze trafiły tu mało wymagające rośliny skalniakowe, Zawciąg nadmorski i Rozchodnik kamczacki.
Nawieziona masą dobrej ziemi rabatka czekała na wiosnę. W maju posadziłam tam otrzymane w prezencie Juki i tak zaczęła powstawać rabata w kilmacie śródziemnomorskim. Wkrótce pogoda pozwoliła dosadzić hodowane w doniczkach Kanny.


Dołączyła sadzonka Rącznika. W maju malutkie sadzonki Zawciągu i Rozchodnika oraz Piaskowca górskiego ożywiły rabatę, wspomagane przez dolomitowe kamyki.



Oj, brody trawnikowych krawędzi nie ostrzyżone, jakże szpecą.

W połowie czerwca rabata dostała nowy element kompozycji - spory konar, ucięty z uschłej brzoskwini.


17 maja po gradobiciu poszatkowane liście pacioreczników, wymrożony piaskowiec.

  
Rącznik przetrwał


W lipcu



W sierpniu zakwitły kanny


I na koniec widok w ostrym słońcu września.


Zdjęcie autorstwa Ireny Miłek opublikowane w portalu Ogrodowisko, w wątku
'Spotkanie w domu działkowca'

Czy łatwo jest być ogrodnikiem? Myślę, że to pytanie całkowicie retoryczne, a moja droga przez kolejne etapy rabaty pod śliwą pokazuje dobitnie, że trzeba lat...