niedziela, 17 listopada 2013

Od zera do ogrodu

Tak zatytułowałam mój inny blog, gdzie piszę wyłącznie o roślinach i ich uprawie. Tutaj powtarzam ten tytuł, bo wyjątkowo trafnie określa od czego zaczynałam. To zero to były przede wszystkim moje ogrodowe umiejętności, bo trudno uwzględnić wspomnienia z ogrodu dzieciństwa, to zero to stan działki, chociaż tu to nawet stan minusowy raczej by pasował, biorąc pod uwagę zasoby śmieci nagromadzonych tam latami przez bezdomnych, stan gleby, wyjałowionej pod gęstwą chwastowiska, wreszcie kompletny brak narzędzi i sprzętów potrzebnych by coś z tym wszystkim zrobić. Pokażę jeszcze sterty śmieci jakie przygotowałam do wywiezienia oraz klepisko, jakie zostało po oczyszczeniu działki z najgorszej warstwy zarośli. 

To co cieszyło niezwykle, to fakt że jednak coś tam zostało. Zostały owocowe drzewa - grusza, 2 jabłonki, 2 brzoskwinie, 2 wisienki, 3 morwy, stare i okazałe pnącza winorośli, z których jak miałam się przekonać jeszcze w tym samym roku zebrałam całkiem sporo winogron. Innych owoców nie było, bo drzewa w tych warunkach nie za bardzo miały jak rosnąć i owocować. 

Najgorsze było za mną, przede mną nadal wiele ciężkiej pracy, ale coraz bardziej przyjemnej, bo nie na śmietniku, tylko z każdym tygodniem w miejscu, które z tygodnia na tydzień coraz bliżej miało do tego, by kiedyś nazwać je ogrodem.

Posiadłość na Wrzecionie

Po przekroczeniu furteczki, która ledwie trzymała się na zawiasach postawiłam rower pod gruszą i zrobiłam pierwsze zdjęcie 

Potem kilka następnych by uwiecznić i ten moment i to, jak wyglądała moja nowa własność. Jak widać, nic nie widać. To co dalej miało się ukazać, zobaczyłam nieco później.


Emerycka wolność

Nie od razu potrafiłam cieszyć się tą wolnością. 
Po latach niesłychanie intensywnej pracy, w dodatku odpowiedzialnej, gdzie czułam się ważna i tak byłam odbierana, trudno od razu przestawić się na kompletnie inny tryb i umiejscowienie własnej osoby. Oto wszystkie moje dawne role odeszły do lamusa, a ja i mój każdy kolejny dzień zależą wyłącznie ode mnie, należą wyłącznie do mnie. Powoli jednak docierało do mnie co innego - mogę spać do woli, nie muszę się spieszyć, mogę nie robić nic, albo w dowolnym momencie np. gdzieś wyjechać. Co miesiąc na koncie pojawiają się nowe środki i tak będzie już zawsze. Może nie są to środki dorównujące obrazkom emerytów na Karaibach z wczesnych reklam funduszy emerytalnych, ale przy założeniu pewnej dyscypliny czeka mnie w miarę wygodne życie. Może na to zasłużyłam? Parędziesiąt lat pracoholizmu, trochę talentów własnych i jakoś udało się wypracować tyle, że chociaż mogłoby być lepiej, bo zawsze może być lepiej, źle też nie było. 

Czas więc wcielać w życie emerycką wolność. Bez wchodzenia w szczegóły, bo te kiedyś pewnie jeszcze opiszę, pierwszy rok to była mieszanka podróży, odzyskiwania młodzieńczej sprawności fizycznej, głównie na rowerze, no i komponent kluczowy - ogród. Jeszcze nie ogród tylko tytułowe 185 metrów kwadratowych składających się z ugoru, chaszczy, śmietnika i rozpadającej się oranżerii. Nie pokażę tym razem obrazka by nie psuć urody tego bloga, niebawem też dodam link do innego, czysto ogrodniczego bloga, gdzie opisuję sam ogród. 

Ciekawiej wygląda natomiast sprawa, jak weszłam w posiadanie tych metrów, bo chociaż myśl o ogrodzie szczególnie od czasu przejścia na emeryturę niemal mnie prześladowała, nie miałam raczej żadnych perspektyw by to zrealizować. Zakup działki nie wchodził w grę z oczywistych powodów, zwanych finansowymi. Uprawiałam więc namiętnie rośliny balkonowe, zmieniając mój 4 metrowy taras w niezły gąszcz. Przynajmniej okresowo, bo jednak np. podróż do Portugalii zaowocowała uschłymi pnączami i atakiem przędziorka na pozostałe rośliny. 
Ale bywało ładnie : 


 No i gdyby nie rower, pewnie by tak zostało. A co rower ma tu do rzeczy? 
Ano było tak..... 
Pojechałam rowerem do Lasu Młocińskiego. Ode mnie kilkanaście kilometrów, ale po kilku miesiącach na liczniku miałam już 800 km i takie dystanse to była błahostka. W drodze powrotnej z powodu budowy Mostu wtedy jeszcze zwanego Północnym zaplątałam się w okolice Wrzeciona. Parę lat wstecz to mogłaby być nieciekawa końcówka wyprawy rowerowej, biorąc pod uwagę nie najlepszą sławę tych okolic. Ale to był rok 2011, a dzielnica niczym nie różniła się od innych. Nowe budynki przemieszane z pięknie odnowionymi wielkopłytowymi, zieleńce, P+J, Metro Młociny - elegancja w każdym kawałku. 
No i otwarta brama do ROD im Huty Warszawa. 

Niewiele się zastanawiając wjechałam rowerem w zielone alejki zalane lipcowym słońcem. Cisza, spokój, ani żywej duszy. Na końcu alejki para młodych ludzi robiła porządki na zrujnowanej działce pokrytej hałdami ziemi, tuż za ta działką widniała bowiem budowa wspomnianego już mostu. Budowa ta wchłonęła sporą część ogrodu. Ha, pomyślałam, historia lubi się powtarzać. Bez specjalnej nadziei na cokolwiek zapytałam młodych ludzi, czy może są jakieś wolne działki i oto padła odpowiedź, która mną lekko wstrząsnęła. Odpowiedź bowiem była twierdząca ze wskazaniem na działkę przed która stałam. To była pozostałość po tym, co ze sporej niegdyś działki zostało po wyznaczeniu trasy mostu. Do tego działka prze kolejne lata służyła głównie jak przytulisko dla mniej nagrodzonych przez los. Z racji hałd śmieci, chaszczy i znikomej powierzchni nie było na nią chętnych. 

Ja byłam. 

W kilka dni załatwiłam formalności i oto w dniu 22 lipca 2011 roku przy pomocy kombinerek usunęłam zwoje kolczastego drutu z pogiętej furtki i stanęłam na progu mojej posiadłości. CDN .... 

Dlaczego ogród?

Pomyślałam, że warto napisać skąd i dlaczego takie zainteresowanie ogrodem właśnie. 

Przecież można robić dziesiątki innych rzeczy, równie ciekawych albo nawet jeszcze ciekawszych. Może trochę to zbieg okoliczności, ale wychowałam się w wielkim ogrodzie przy starym domu, do 16 roku życia mniej lub bardziej aktywnie pomagałam mojemu ojcu w tym co robił wokół naszego domu. A że pochodził z kresowej wioski kochał ziemię szczerze i poświęcał temu naszemu coraz mniejszemu ogrodowi cały swój wolny czas. A ogród malał, bo na terenach podmiejskich - wtedy to była jeszcze tzw, wielka Warszawa - co i raz coś powstawało, stopniowo wykradając kawałek po kawałku nasz zielony azyl. Aż przyszedł dzień, w którym i z domem trzeba było się pożegnać. Zamieszkaliśmy w bloku. Dla młodej dziewczyny tuż po maturze zaczynającej swoja uniwersytecka przygodę, to nie miało żadnego znaczenia, a nawet było mi lepiej w nowym, nowoczesnym budynku, cokolwiek to znaczyło w roku 1968. Miałam 18 lat, właśnie dostałam się na pierwszy rok wymarzonej archeologii śródziemnomorskiej, zaczynałam moja szaloną przygodę z dorosłym życiem. 

Tam nie było miejsca na ogród. Przez długie jeszcze lata. Ale te dziecięce wspomnienia wracały. 

Czasem w snach, czasem przy przeglądaniu takich zdjęć:

  

W miarę upływu lat - a po drodze miałam jeszcze przez kilka lat egzotyczny ogród w Afryce - potrzeba kontaktu z roślinami, naturą, przyrodą była coraz silniejsza. Oczywistą koleją rzeczy pojawiło się pragnienie domku z ogrodem. Były nawet zakupione hektary pod lasem w niezwykle klimatycznym miejscu, a los chciał inaczej. Dom nigdy nie powstał, hektary leżały latami odłogiem. Dzisiaj kto inny buduje tam dom. 

Wreszcie nadszedł moment kiedy zamiast pracy 24 godziny na dobę, bezustannego stresu i zmęczenia miałam czas tylko dla siebie, całkowitą wolność, emerycką wolność. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzę, bo w planach miałam raczej zawodową pracę do końca życia, a nie emeryturę, szczególnie że umysłowo i fizycznie niewiele miałam wspólnego z moim wiekiem kalendarzowym. Okazało się jednak, że umiem korzystać z wolności i od trzech niemal lat jestem uosobieniem hedonizmu czerpiąc z życia tyle radości i przyjemności, ile tylko potrafię. Jedną z tych przyjemności jest właśnie kawałek ziemi, gdzie wracam do swoich dziecięcych wspomnień już nie w snach, tylko każdego dnia z czarnymi od ziemi paznokciami, pośród coraz to nowych roślin i nowych ogrodowych pomysłów. 

A skąd ten kawałek ziemi, opowiem wkrótce.

sobota, 16 listopada 2013

Ogród po niemal 3 latach

Od lipca 2011 roku niemal codziennie poświęcam kilka godzin by ze zdobytej działki, chaszczy i ugoru powstał mój wymarzony ogród. Jest to o tyle trudne, że kiedy zaczynałam moją ogrodową przygodę, nie miałam absolutnie żadnego doświadczenia, ani też pomysłu jaki ten ogród ma być. Miałam jedynie wielki zapał, równie wielką chęć by się uczyć, zdobywać wiedzę o każdej roślinie, o tym jak postępować przy sadzeniu, jak dbać by każdy posadzony krzew, pnącze czy bylina rosły i piękniały. 

Co mi się udało? No właśnie! 

Niewątpliwie mam ogród, ale na pewno daleko mu do stanu, w którym będę mogła uznać, że jestem usatysfakcjonowana. Skończony to on nigdy nie będzie, bo już widzę, jak moje oczekiwania ewoluują, jak nowe pomysły zmieniają pierwotną koncepcję, potem następną, i następną, i tak pewnie będzie jeszcze długo. A tak wygląda ten mój kawałek zieleni obecnie, chociaż zdjęcie pokazuje jedynie mały fragment. 

Tak czy inaczej, mam zamiar poopisywać te moje zmagania, pokazać na zdjęciach jak to było, jak jest, podzielić się już zdobytym doświadczeniem, zapisać dla siebie samej tę ogrodową historię ogrodu pod gruszą. Tytułową gruszą, drzewem starym, rozłożystym, którego pogięte konary niezwykle malowniczo nachylają się nad sporym kawałkiem całego ogrodu. 

Tyle tytułem wstępu.

Myślę, że sprawa jasna - to będzie blog ogrodowy, ale nie ogrodniczy, bo pewnie jednak więcej będzie tu o mnie w ogrodzie, niż o fachowych kwestiach uprawy roślin. Pewnie będą też dygresje, bo jestem gadatliwa, mam ogromne zasoby energii i w sumie, to mam bardzo ciekawe życie.