Tak jak wspomniałam wcześniej wiosna 2013 roku oznaczała dla mnie początek przeobrażania mojej działeczki zgodnie z nabytą niedawno, jeszcze cząstkową, ale jednak nową wiedzą ogrodową. Kto jednak ma ogród, to wie, że takie metamorfozy nie dzieją się z dnia na dzień, szczególnie jeśli jest się tylko amatorem i w dodatku do tego, amatorem z ograniczonymi finansami.
Nie przeszkadzało mi to jednak pracować nad tą zmianą cały kończący się właśnie sezon, co więcej miałam i mam świadomość, że pewnie kolejne też będą podobne. Cały jednak proces rozwijania moich ogrodowych umiejętności, jak i przeobrażanie tego skrawka ziemi sprawia mi tak ogromną przyjemność, jest źródłem takiej satysfakcji, że powoli dochodzę do wniosku: w tym cała rzecz. I tak sadzę, przesadzam, podglądam, znowu coś zmieniam i przesadzam, i tak pewnie będzie już zawsze.
Pisałam, opowiadając o szpadelku do kantów trawnika, że wraz z nim zaczęłam inaczej planować i tworzyć moje rabaty. A że wcześniej wymarzyłam sobie liliowcową alejkę wzdłuż ścieżki, zaczęło się karczowanie darni na dość spora skalę. Dawne soliterowe krzaczki w trawie i osobne malutkie rabatki zostały wcielone w jedną wielką rabatę.
Widać moją dziwną nagle skłonność do linii falistych, ale z czasem zacznę je prostować. Wkrótce znalazły się tutaj liliowce, zostały dosadzone kolejne pęcherznice, doszły hosty i żurawki, tawułki.
Tojeść kropkowana "Golden Alexander"
a w pełni sezonu to miejsce wyglądało tak:
To tylko jedno miejsce, ale nie było u mnie ani skrawka ziemi, który nie przeszedł by podobnej zmiany. Co oczywiście niebawem pokażę.....
Mam też świadomość, że może być lepiej, i będzie, ale powoli, uczę się i pracuję nad tym.















.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)

.jpg)












.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
