sobota, 23 listopada 2013

Przeobrażenie w kierunku ogrodu, czyli ROD-owe metamorfozy ;-)

Tak jak wspomniałam wcześniej wiosna 2013 roku oznaczała dla mnie początek przeobrażania mojej działeczki zgodnie z nabytą niedawno, jeszcze cząstkową, ale jednak nową wiedzą ogrodową. Kto jednak ma ogród, to wie, że takie metamorfozy nie dzieją się z dnia na dzień, szczególnie jeśli jest się tylko amatorem i w dodatku do tego, amatorem z ograniczonymi finansami. 

Nie przeszkadzało mi to jednak pracować nad tą zmianą cały kończący się właśnie sezon, co więcej miałam i mam świadomość, że pewnie kolejne też będą podobne. Cały jednak proces rozwijania moich ogrodowych umiejętności, jak i przeobrażanie tego skrawka ziemi sprawia mi tak ogromną przyjemność, jest źródłem takiej satysfakcji, że powoli dochodzę do wniosku: w tym cała rzecz. I tak sadzę, przesadzam, podglądam, znowu coś zmieniam i przesadzam, i tak pewnie będzie już zawsze.

Pisałam, opowiadając o szpadelku do kantów trawnika, że wraz z nim zaczęłam inaczej planować i tworzyć moje rabaty. A że wcześniej wymarzyłam sobie liliowcową alejkę wzdłuż ścieżki, zaczęło się karczowanie darni na dość spora skalę. Dawne soliterowe krzaczki w trawie i osobne malutkie rabatki zostały wcielone w jedną wielką rabatę.




Widać moją dziwną nagle skłonność do linii falistych, ale z czasem zacznę je prostować. Wkrótce znalazły się tutaj liliowce, zostały dosadzone kolejne pęcherznice, doszły hosty i żurawki, tawułki.




Tojeść kropkowana "Golden Alexander"



a w pełni sezonu to miejsce wyglądało tak:



Rok wcześniej:



I pod koniec sierpnia 2013





To tylko jedno miejsce, ale nie było u mnie ani skrawka ziemi, który nie przeszedł by podobnej zmiany. Co oczywiście niebawem pokażę.....
Mam też świadomość, że może być lepiej, i będzie, ale powoli, uczę się i pracuję nad tym.

Dzisiaj

...piszę o Grinie. Wątek Moje psy

piątek, 22 listopada 2013

Planowanie ogrodu

Czas wrócić po tych paru dygresjach do ROD-owej posiadłości na Młocinach.
Jest tam już altanka, ścieżka, parę innych elementów ogrodowej infrastruktury, rośnie trawa, tylko z roślinami kiepsko. Nie mając bowiem zielonego pojęcia o planowaniu zielonego, wyobrażałam sobie, ot jadę do centrum ogrodniczego, kupuję co mi się spodoba, sadzę i jest ogród. Z takim podejściem to ja miałam - jak kiedyś bardzo złośliwie napisał pewien forumowicz (ach, te kochane fora!) - działeczkę z nasadzeniami.

I tak rzeczywiście było. Był trawnik, z którego tu i owdzie sterczały pojedyncze krzaczki.


A za ogrodzeniem trwała budowa mostu północnego. Piękne sąsiedztwo! Do tego, ten zachwycający widok już wkrótce miał wzbogacić cudnie zielony ekran akustyczny, współczesna obsesja budowniczych dróg i mostów. Tak było już w grudniu 2011 roku. Wzdłuż ślicznego ekranu biegnie ścieżka rowerowa, którą jak się miałam przekonać w następnych latach, z rzadka przejeżdżał ktokolwiek, panowała cisza (mostem też mało kto jeździł) i spokój.


Jak widać na poprzednim zdjęciu z września 2011 roku jest trawnik, pod ogrodzeniem rudbekie, dławisze i ogniki. Na środku krzewuszki, wzdłuż jeszcze betonowej ścieżki pigwa i azalia japońska.

W kolejnym sezonie ogrodowym niestety kontynuowałam podobne działania. Spontaniczne zakupy roślin, żadnego przemyślanego planu, sadzenie w trawie, przesadzanie, a efekty mizerne.

Oczywiście cieszyły oczy nowe drewniane elementy


i pierwsze kwiatki



Wszystko też rosło. I to co posadziłam, i to co w ziemi było, a zostało pomimo przekopania, zrycia całej działki na samym początku. Jak utrapienie wyrastały ciągle w trawniku truskawki, chwasty rozmaite, ale trawa powoli wypierała te paskudy, a i moje regularne wyrywanie pomagało. Nie stosowałam żadnych środków chwastobójczych, bo od początku postanowiłam, że będzie to ogród naturalny, może nie ekologiczny, bo nie lubię tego słowa, ale w zgodzie z naturą, która z moją oczywiście pomocą, miała dawać sobie radę sama.

Próba stworzenia rabaty


Dzisiaj ten widok mnie jedynie śmieszy!
I tak było do końca sezonu 2012. Powstawały kolejne "rabaty",


 przybywało roślin


zieleniło się wszystko pięknie


ale nadal była to jedynie "działeczka z nasadzeniami". Z końcem września zaczęłam kombinować nieco inaczej,


ale nadal jakże smętne to były efekty. Gruntowne przeobrażenie koncepcji jaki to ma być ogród, nastąpiło w kwietniu 2013 roku, kiedy trafiłam na kolejne forum ogrodnicze. Godzinami siedziałam przed komputerem i oglądałam setki zdjęć bajecznych ogrodów, które stopniowo zapadały mi coraz głębiej w umysł i serce. Podjęłam nierówną walkę z ideałem ogrodu. Ale o tym, to już opowiem w kolejnych odcinkach.



czwartek, 21 listopada 2013

Nowy odcinek w opowieściach "O wszystkim..."

Zapraszam do czytania o aukcjach staroci w Anglii. 
Wkrótce będzie ciąg dalszy z obrazkami.

Le Beaujolais Nouveau est arrivé!

Ogrodnictwo to także wino. 
A dzisiaj zgodnie z tradycją ma swoje święto młode wino.Ten trzeci czwartek listopada to francuska tradycja, ale z roku na rok, wraz ze zmianą stylu korzystania z procentów, także w Polsce widać radość z picia wina i coraz lepsze umiejętności w tym zakresie.

Nie wiem jak w innych miastach, ale w Warszawie coraz więcej specjalistycznych sklepów z winami, rozmaitych degustacji, przybywa sommelierów - cokolwiek to znaczy u nas obecnie, jak powiedział na pewnej degustacji znany i uznany akurat sommelier z międzynarodowymi certyfikatami. 
Co więcej statystyki mówią, że we Francji ilość wypijanego wina spada, a w Polsce odwrotnie - rośnie. Mnie to akurat cieszy, bo uważam, że wraz ze zmiana rodzaju alkoholu zmienia się też kultura jego picia. Pewnie nie od razu, ale czego nie potrafi snobizm i głębokie kieszenie. Kupowane są coraz droższe wina, rośnie wiedza winie, o rodzajach kieliszków do wina, a ceny tych ostatnich nierzadko przekraczają 200 złotych za sztukę.

Rośnie też wiedza o samych winach, co widać na degustacjach, na które też bardzo lubię chodzić. Szczególnie jeśli są to degustacje kameralne, a wina pochodzą z małych, rodzinnych winnic. 

To już nie odróżnienie wina wytrawnego od słodkiego, czy Caberneta od Merlota, ale znawstwo apelacji, szczepów, umiejętność rozszyfrowywania winnych etykiet jest w cenie. Jakże inaczej smakuje wino, o którym wiemy więcej, jakże specjalny jest moment otwierania butelki - pod warunkiem, że ma korek, nadal nie umiem zaakceptować zakrętek - oczekiwanie na to jaki będzie kolor, zapach powoli wyłaniający się z kieliszka, wreszcie smak, ten pierwszy i ten dalszy... Chociaż czasem niestety tego dalszego nie ma. Nadal, szczególnie w supermarketach bardzo dużo jest bardzo marnego wina. 

A wracając do Beaujolais - to nie jest szlachetne wino, nie poleży długo, ma tylko 6 tygodni. Nie będzie w nim żadnych specjalnych aromatów, głębi, równowagi. To wino ma po prostu cieszyć, czego Wszystkim dzisiaj życzę.

A u mnie winogron też trochę jest, jedynie moje umiejętności przerabiania ich na wino nadal są dalekie od doskonałości.


środa, 20 listopada 2013

Bentley

Na chwilę odejdę od historii powstawania ogrodu, by napisać o pewnej dość przełomowej w tej historii chwili. Nie do wiary, jak jeden przedmiot może wpłynąć na efekty naszych działań. W tym przypadku to tytułowy Bentley i nie jest to oczywiście samochód! 

To jest narzędzie ogrodnicze! 

Zobaczyłam je w sklepie ogrodniczym na forum, na którym do niedawna miałam swój wątek, ale jak to ze mną i z forami bywa, nie potrafię znaleźć sobie miejsca w takich społecznościach. Po pewnym czasie za ciasno mi, a typowy dla naszej kochanej nacji brak umiejętności w dyskutowaniu na jakikolwiek temat bez ataków personalnych, odstrasza mnie kompletnie. 

No ale dość dygresji. 

Bentley, Joseph Bentley to angielska firma produkująca od 1895 niesamowicie wytworne narzędzia ogrodnicze. Są piękne, stylowe, a do tego aż się chce pracować w ogrodzie, trzymając w rękach takie cuda. W kwietniu tego roku kupiłam szpadel do przycinania krawędzi trawnika, by zrealizować marzenie o trawniku, wyglądającym jak w angielskich ogrodach. Narzędzie jest naprawdę doskonałe, w formie, gatunku i niezwykle skuteczne. Oto jak wygląda:



Zawsze marzyły mi się takie jak przycięte brzytwą granice między rabatą a trawnikiem, podziwiane przeze mnie w Anglii na każdym kroku. Wyobrażałam sobie, że wymaga to nie lada umiejętności. Po pierwszym wbiciu mojego Bentleyka, jak pieszczotliwie go nazywam, w ziemię wiedziałam, że nie święci garnki lepią, a przy odrobinie wprawy i z takim sprzętem moje rabaty mogą być bliskie ideału. Nie idealne i nie od razu, ale wiadomo practice makes perfect. 
Od momentu kiedy przycięłam pierwszą rabatę, wiedziałam że czeka mnie mozolny trud 'obkancikowania' całego ogrodu. Widok brodatych brzegów trawnika był już nie do zniesienia.






Zdjęcia są z kwietnia, kiedy sam trawnik tuż po zejściu śniegu - mamy pamiętna wiosnę 2013, która była zimą do maja - wygląda marnie. Kilka miesięcy później jestem niemal zadowolona z efektów mojej pracy.

I tak mi to weszło w krew, że cyzeluję te kanciki niemal bezustannie, sprawia mi to przyjemność, a Bentley po każdej serii kancikowania, wyczyszczony jak nowy, wraca na swoje miejsce do altanki.


Wisi tam sobie w towarzystwie innych narzędzi, prezentu od niezwykłej osoby, osoby o wielkim sercu i wspaniałym charakterze. Bo dzięki ogrodom poznajemy nie tylko tajniki uprawy roślin, ale też bardzo często bardzo wspaniałych ludzi.

Bo ogrodnicy to szczęśliwi ludzie. 


wtorek, 19 listopada 2013

Drewno i kamień ciąg dalszy

Ciąg dalszy, bo w ostatnim wpisie zdołałam jedynie pokazać cząstkę tych moich drewnianych wyczynów ogrodowych, a o kamieniu nawet nie wspomniałam. Dla odmiany zacznę więc od kamieni, dlaczego i jak się tam znalazły. 

Szukałam rozwiązania na betonową pozostałość po usuniętych resztkach oranżerii. Fundament tej budowli był na tyle solidny, że bez ciężkiego sprzętu nie było szansy by go usunąć. Poza tym blisko rosły te wieloletnie piękne winorośle, które na pewno uległo by zniszczeniu przy wyrywaniu betonu. Pozostało pogodzić się z tym ocembrowaniem, o tym:


Miało przynajmniej ładny kształt ośmiokąta. Początkowo chciałam wypełnić go przyciętymi podkładami kolejowymi, ale ostatecznie ich zapach i świadomość zawartej w nich chemii odwiodła mnie od tego planu. Pewne było jedno, że w tym miejscu stanie moja ogrodowa altanka. Trzeba było jedynie wypełnić czymś ten ośmiokąt.

Wybór padł właśnie na kamień. Otoczaki średniej frakcji, które na tony można kupić wszędzie. Znalazłam dostawcę ładnego, czystego kamienia i wkrótce przed furteczką mojego ogródka leżało 1,5 tony ślicznych białawych otoczaków.
No właśnie, przed furteczką! Wywrotka w żaden sposób nie mogła podjechać tak, by wysypać kamień w docelowe miejsce. Nie miałam wyboru, jak przesypać kamyki z jednej kupki na drugą. Poszukałam nawet pracowników, ale najpierw chcieli fortunę, a potem w ogóle nie przyszli. Dałam radę! Pod wieczór ośmiokąt był gotowy na przyjęcie altanki.

Powierzchnia w obrębie ośmiokąta została wyrównana, utwardzona i pokryta grubą folią, głownie by zapobiec wyrastaniu chwastów wśród kamykow, ale też by nie mieszały się z ziemią podczas deszczu.

 
Podobnie przygotowałam miejsce wokół ujęcia wody.

 
Wkrótce też pojawiła się altanka, nazywana przeze mnie Domkiem Baby Jagi, albo szałasem.

 
Równo w miesiąc po objęciu działki w posiadanie mogłam zaprosić syna na grilla.

 
Jak widać trawnika jeszcze nie ma, ale już rośnie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Drewno i kamień

Nietrudno się domyślić, że moja emerycka wolność nagle uległa sporej transformacji. Od momentu przekroczenia furtki ogrodu podporządkowałam mu każdą wolną chwilę, każdą złotówkę poza tymi wydawanymi na strawę codzienną, a i tu wprowadzałam spore ograniczenia. Z korzyścią dla zdrowia i wyglądu.
I tak jest do dzisiaj, chociaż to już sporo ponad dwa lata. Ogród nie okazał się być na chwilę, ale stał się moją największą obecnie pasją, a myśl o powrocie do pracy była wręcz horrendalna, chociaż pojawiła się taka opcja. Zmieniła się natomiast i to nie raz moja koncepcja jaki ten ogród ma być. To wprawdzie cudownie stać na tych niemal pustych, niemal 200 metrach działki i zaczynać tworzyć własny ogród. Tylko od czego zacząć? Jaki on ma być? Jedno co wiedziałam, to że na pewno nie będzie to minimalistyczny ogród z jednakowymi nasadzeniami, pod linijkę, czy wystrzyżonymi kulkami lub stożkami. 

Marzyła mi się naturalistyczna, rustykalna w charakterze samotnia, w której schowana przed światem będę dbać o posadzone rośliny. Wiedziałam też, że będzie tam kamień i drewno. I jest. Drewno z odzysku, z palet budowlanych, drewno odpadowe z tartaków, pnie, konary, a wszystko zdobyte i obrobione własnymi rękoma. Od dzieciństwa kochałam narzędzia i majsterkowanie. Fascynowały mnie meble, ich konstrukcja, sposoby łączenia elementów drewnianych, jako mała dziewczynka raczej bawiłam się młotkiem i gwoździami, niż lalkami. Jednym z pierwszych zakupów była pilarka, dzięki której powstały w moim ogrodzie drewniane elementy całkowicie zmieniające to miejsce. Najbardziej chyba zmieniła je moja drewniana ścieżka. 
Oto jej historia w obrazkach. 


















Myślę, że zdjęcia pokazują o co chodzi. Dodam, że drewno to nieokorowane oszasty kupione za grosze w tartaku. Pocięte na szerokość istniejącej betonowej ścieżki całkowicie ją zakryły. Drewno pokryte drewnochronem w ukochanym kolorze średniego palisandru, zostało przymocowane do legarów z palet budowlanych. 

 I ścieżka jest. 

niedziela, 17 listopada 2013

Od zera do ogrodu

Tak zatytułowałam mój inny blog, gdzie piszę wyłącznie o roślinach i ich uprawie. Tutaj powtarzam ten tytuł, bo wyjątkowo trafnie określa od czego zaczynałam. To zero to były przede wszystkim moje ogrodowe umiejętności, bo trudno uwzględnić wspomnienia z ogrodu dzieciństwa, to zero to stan działki, chociaż tu to nawet stan minusowy raczej by pasował, biorąc pod uwagę zasoby śmieci nagromadzonych tam latami przez bezdomnych, stan gleby, wyjałowionej pod gęstwą chwastowiska, wreszcie kompletny brak narzędzi i sprzętów potrzebnych by coś z tym wszystkim zrobić. Pokażę jeszcze sterty śmieci jakie przygotowałam do wywiezienia oraz klepisko, jakie zostało po oczyszczeniu działki z najgorszej warstwy zarośli. 

To co cieszyło niezwykle, to fakt że jednak coś tam zostało. Zostały owocowe drzewa - grusza, 2 jabłonki, 2 brzoskwinie, 2 wisienki, 3 morwy, stare i okazałe pnącza winorośli, z których jak miałam się przekonać jeszcze w tym samym roku zebrałam całkiem sporo winogron. Innych owoców nie było, bo drzewa w tych warunkach nie za bardzo miały jak rosnąć i owocować. 

Najgorsze było za mną, przede mną nadal wiele ciężkiej pracy, ale coraz bardziej przyjemnej, bo nie na śmietniku, tylko z każdym tygodniem w miejscu, które z tygodnia na tydzień coraz bliżej miało do tego, by kiedyś nazwać je ogrodem.