piątek, 15 sierpnia 2014

Daszki dla płota ;-))


Wreszcie realizuję plan zrobienia daszków na słupki konstrukcyjne płotu. Chodzi o taki mniej więcej obrazek


To jest zdjęcie z ogłoszenia wykonawców takich płotów, zresztą moja spora inspiracja, tylko realizacja u mnie nieco bardziej toporna. Ale to akurat mi odpowiada.

Albo lepiej taki ;-)  To zdjęcie pochodzi stąd . Polska prowincja jest warta tego by ja promować i uwieczniać, bo nie jestem pewna, jak długo przetrwa w takiej cudnej postaci.


Zdałam sobie sprawę, że powinnam pisać o tym w blogu o Borkowie, ale daszki robię na Młocinach, więc i relacja tutaj. Zaczęło się od przygotowania warsztatu do pracy



Po upiłowaniu i zbiciu pierwszych deseczek przymiarki do tego,jak to wygląda.


Ta wersja wygląda fatalnie, więc od razu z niej rezygnuję. 

Aha, w tle moje kanny i trawa zwana niedźwiedzim futrem. Wszystkim narzekającym na tę trawę polecam skubanie kęp od spodu, utrzymywanie wysokiej wilgotności oraz dzielenie kęp co najmniej raz do roku.

Kolejna wersja daszka podoba mi się bardziej i docinam kolejne deseczki.






Ta wersja jest najbliżej tego co sobie wyobraziłam, więc pewnie takie daszki będą. Jutro poeksperymentuję na realnym plocie, a nie na kawałku słupka, który w celu przymiarek właśnie przytargałam z Borkowa. I zobaczę, czy daszki będą, czy też nie ;-)

A tu z kolei w tle po prawej Trojeść bulwiasta. Jej pomarańczowe wiaty już dawno ścięte, ale kępa liściasta nadal śliczna. I za to ją lubię.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Chyba pechowy dzień...

Po wczorajszej wieczornej ulewie i burzy od rana nie mogłam się zdecydować co robić dalej. W planie były Młociny i piłowanie desek na daszki do płotu, ale co chwilę nadciągające czarne chmury i mżawki, jakoś mnie powstrzymywały i tkwiłam całkiem niezdecydowana w domu.

Do tego wiadomości z Borkowa od ulubionego sąsiada były takie, że najchętniej jechałabym od razu z powrotem na wieś. Tylko rozsądek - mam go nadal sporo ;-) - nakazywał przeczekać. Sąsiad wysłał zdjęcia z Borkowego potopu. Jeśli kiedyś mogłam narzekać na niski poziom wody w stawie to już historia...

Ostatecznie zapakowałam piłę i inne akcesoria do samochodu i pojechałam robić daszki. Jak to na Młocinach - najpierw sprzątanie. Kolejne wiadra liści i zgniłych jabłek i gruszek. Kiedy ogród już lśnił, złożyłam rozkręconą na zimę pilarkę (jeszcze nie używana w tym roku!), przygotowałam stanowisko do obróbki desek i .... niestety.

Miałam na miejscu wszystko z wyjątkiem oleju do pilarek. Ten niestety zimował w domu, a ja jakoś przeoczyłam ten fakt. Piłowanie 'na sucho' raczej źle by się skończyło, więc kolejny dzień daszki będą jedynie tworem mojej wyobraźni.

Jak zwykle jednak ogród młociński dostarczył dość powodów, by uniknąć frustracji i spokojnie odłożyć w czasie kolejne realizacje. Bo przecież jutro też jest dzień :-)

A te powody to np. Hibiscus gotowy do kwitnięcia

 
 Imperata, która wreszcie zdecydowała się wyglądać jako tako ;-)


 I inne zakątki ogrodu, które zawsze cieszą.



Dla moich czytelników, którzy nie znają historii tego miejsca dodam, że w lipcu 2011 roku, a więc trzy lata temu tu było wysypisko śmieci. Stworzony ogród - czy to jest już ogród? - to całkowicie dzieło moich rąk i nauce czerpanej z kolejnych forów i internetu. Codziennie uczę się czegoś nowego i to jest jedna z wielu zalet podejmowania kolejnych wyzwań w każdym wieku. Tak ja to w Borkowie. Może porwałam się z 'motyką na słonce', ale dzięki temu walczę i wiem, że warto. Polecam :-)
 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Sadziec purpurowy

Sadziec to taka wielka roślina, którą mam od roku i bardzo ją lubię. Jeszcze nie rozrosła mi się tak, jak na  zdjęciach tutaj , ale to wymaga więcej czasu. Jeden sezon to za mało. Ale już teraz z jednej sadzonki mam ich całkiem sporo.


Rośnie sobie w zestawieniu z Zebrinusem i takie połączenie - sadziec + trawy jest bardzo popularne.
U mnie to akurat tak wyszło, a do tego mam dwie odmiany Sadźca - jeden dorastający do 2 metrów, i drugi znacznie mniejszy. Tego giganta na zdjęciu nie widać. Znawcy piszą, że to roślina bezproblemowa, a ja to mogę potwierdzić. Wymaga jedynie podlewania w upały, ale może rosnąć w pełnym słońcu. 

Poza tym dziwaczki coraz ładniejsze, a że był już wieczór, to pootwierały kwiaty. W dzień maja pąki stulone, dopiero przed nocą je otwierają, by ćmy mogły działać przy zapylaniu.




A tu Durban. Odmiana kanny, czyli paciorecznika. Liście ma cudne, czekam teraz, czy zakwitnie.


Jeszcze rzut oka na iglaczki,



na inną odmianę Miskanta, czyli Gnome


i można wracać do domu.

Miałam dzisiaj wielka ochotę jechać do Borkowa malować płot, ale perspektywa powrotu lubelską szosą w niedzielę wieczorem mnie całkowicie odstraszyła. To jednopasmówka, na której szaleńcy spychają człowieka na pobocze pełne ludzi i rowerów.

Jutro zaczyna się wspaniały tydzień. Spotkania, parodniowy wyjazd do Borkowa, malowanie płotu - prawda ile atrakcji ;-))))

Prawda!

Nie zamieniłabym tego na żadne inne plany.

sobota, 9 sierpnia 2014

Młociny z innej perspektywy

Dzisiaj jak zwykle praca u podstaw na Młocinach, zbieranie śmieci = liście i zgniłe jabłka, potem jak trawa wyschła, koszenie trawy, czyli codzienność ogrodowa. Nic nowego, zielona codzienność, ale jakże miła.

No to wymyśliłam, że spróbuje zrobić zdjęcia ogrodu nieco inaczej, z innej, żabiej perspektywy. To ta tytułowa inna perspektywa. Nic filozoficznego ;-) 

Ale dodam, że żaby są mi coraz bardziej bliskie, jako stałe towarzyszki kąpieli w stawie, czy spacerów w trawach. Mam ich w Borkowie całą kolekcję, a w planie naukę odróżniania która żaba, która.

No to popatrzmy na ten młociński ogród z żabiej perspektywy ;-)






No i jak się Wam podoba? Niby to samo, ale jednak inaczej ;-)

Na koniec napiszę, że zaczynam się denerwować, bo w następnym tygodniu będę miała tu gościa, który o roślinach wie niemal wszystko. To koleżanka poznana na jednym z kolejnych for i pomimo, że mnie na żadnym forum już dawno nie ma, nasza znajomość trwa.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Update

Mniej piszę ostatnio, ale zawsze tak mam, kiedy nie do końca panuję nad sytuacją, kiedy nie wiem, co mam robić dalej. Bo mam wątpliwości jak dalej działać z Borkowem. Wprawdzie powinnam o tym pisać w blogu o Borkowie i jutro napiszę, ale przez tę moją wiejską 'posiadłość' prawie nie śpię ;-)

Nic to, jutro po powrocie z Borkowa napiszę o co chodzi, a teraz napiszę jedynie, że brak pisania nie oznacza braku działania. U mnie tak nie ma.

Działam jednakże głównie na Młocinach, jestem tam niemal codziennie, tylko jak tu opisywać fakt rozsypywania kompostu na rabatach! Toteż nie piszę także z tego powodu. Ogrody osiągają na tym etapie roku rodzaj stabilizacji. Niewiele się tam dzieje poza dojrzewaniem owoców wszelakich, przekwitaniem i odchodzeniem bylin letnich, chociaż te po wycięciu znowu powracają.

Poza tym opadające liście i owoce, głównie te gnijące, to konieczność codziennych ogrodowych porządków. No pisać o tym przecie nie będę !
Napiszę jedynie, że dzisiaj - po załatwieniu bieżących spraw - pojechałam na Młociny właśnie wyłącznie po to, by ogród nie stał zaśmiecony. No i zebrałam trzy wiadra liści i zgniłych jabłek. Inna sprawa, że też od razu - jak zwykle gdy przekraczam tę magiczna furteczkę na Młocinach - poziom optymizmu, którego i tak mi nie brakuję, skoczył o jakieś 300%. Tak mnie cieszy to miejsce.

Zmian niewiele poza niespodzianką i nowym kwiatem róży.


To taki mały krzaczek posadzony rok temu. Były dwa, jeden po zimie padł, drugi chorował i wyglądał kiepsko, ale nawożony jak widać nadal żyje.


Krokosmie nadal czerwienieją


No i floksy są


Jest też wianek, do którego codziennie dokładam jakieś suszki.


A jutro sądny dzień. Kto ciekaw niech czyta w blogu o Borkowie :-(

czwartek, 31 lipca 2014

Jutro święto!

Moje święto, bo rzadko widywany syn-obieżyświat będzie na grillu w ogrodzie na Młocinach. Ostatnio był tam chyba rok temu, ale to wynika z jego trybu życia. Teraz np. zamieszkał w Gdańsku i bardzo narzeka na prowincjonalne życie, tęskniąc za stolicą. Tak czy inaczej, ciągle się gdzieś przemieszcza samolotami, pociągami, autobusami, czasem nie wiem kompletnie gdzie jest. 

Jego kilka godzin u mnie w ogrodzie to naprawdę święto. 

Jest wspaniałym człowiekiem i dla mnie jest najważniejszą częścią mojego życia. Jestem niezwykle dumna z niego, z tego że to on dyktuje życiu warunki, gdzie i jak ma być i żyć, jak i kiedy pracować, że ma tyle pomysłów i marzeń, które realizuje konsekwentnie, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zawsze skutecznie.

To nic, że widuję go raz na parę miesięcy, jakoś jesteśmy w kontakcie, a na co dzień towarzyszą mi rośliny, w których ma swój udział. W październiku ubiegłego roku kupiliśmy razem tuje. Wtedy wyglądały tak


A oto jak wyglądają dzisiaj


Miro jeszcze ich nie widział na żywo, widział tylko zdjęcia, był zachwycony, że są takie kudłate! Jutro sam oceni ich urodę z bliska.

No i w związku z wizytą wielkie dzisiaj porządki. Koszenie, przycinanie kancików, wyrywanie wszelkich chwastów....

A poza tym zielenina jak zwykle zdrowo rośnie ;-)

Winogronowe zwalisko 

Pięciornik Jakcman's Variety


Liliowiec na dzisiaj ;-) 


I nowy żółty na Stella D'Oro


Jeżówki, jeżówki...



Tylko berberys


Kanna Wyoming



Bardzo czekam na kwiaty Durbana, to ten o ciemnych liściach, ale nie wiem , czy w tym roku się uda. Wyjątkowo marny rok dla pacioreczników.

A tak na koniec - jestem niezwykle szczęśliwym człowiekiem! Mam 64 lata i nadal każdy nowy dzień to dla mnie czas na robienie cudownych rzeczy, radość z drobiazgów, realizowanie siebie na tysiące sposobów, korzystanie z każdej minuty zachłannie, by przeżyć jak najwięcej, w jak najlepszy sposób.

 


wtorek, 29 lipca 2014

Kwiatowo, owocowo, rowerowo...;-)


Jak wiadomo - floksów czas!
Floksy to kwiaty mojego dzieciństwa, kiedyś ich nie lubiłam, a teraz uważam, że to wspaniałe uzupełnienie naturalistycznego ogrodu. W eleganckim, minimalistycznym pewnie nie będą pasowały, ale ja nigdy nie miałam skłonności do takich ogrodów. Nie mam też skłonności do ogrodów kwiatowych, ale co i raz robię jakieś wyjątki ;-) I to mi się podoba, że nie tkwię w głupim uporze, a po prostu daję sobie tyle wolności, ile mi tylko akurat przyjdzie do głowy.

Chociaż podobne nieco do floksa, ale to już Budleje


I znowu floksy, podobno rzadkie, bo krwisto czerwone.






Coraz ich mniej, ale jeszcze kwitną. Przyznam jedynie, że coś się im pomieszało z kolorami, żaden nie wyglądał, tak jak w ubiegłym roku. To miał być Orchid Candy, ale wcale tak nie wygląda.



A rower sobie czeka.


Rowerem trasa prowadzi pod mostem Północnym ;-)



Ścieżka prawie gotowa, jeszcze są małe objazdy, takie jak ten, ale od działki do Mostu Gdańskiego jadę bezkolizyjnie cudną nowa ścieżką z czegoś czarnego. Nie jest to chyba asfalt, ale jest równo, szeroko, i sprężyście. 

To trasa nad Wisłą, moja ulubiona, z której nie mogłam długo korzystać, bo były te prace budowlane. Wreszcie mogę omijać Kępę Potocka szerokim łukiem. Nienawidzę trasy przez Kępę, ciasno, mnóstwo ludzi, dzieci na rowerkach, ścieżka w fatalnym stanie.

No ale teraz wreszcie mam naprawdę ochotę rowerem na działkę jechać. Teraz, tą nową trasa to czysta przyjemność.