poniedziałek, 3 listopada 2014

Szmaragdy

Nie będę pisać o szlachetnych kamieniach, tylko o tujach. Rok temu dokładnie po pewnych zmaganiach z samą sobą zdecydowałam się posadzić tuje. Zmagania wynikały z tego, że tuje rosną w każdym ogrodzie, w większości to kluczowy, jeśli nie jedyny poza trawnikiem element obsadzeń i do tego powiedziałabym - dość pospolity.

Ale są też zalety tujowego szpaleru - pierwsze to ta żywa zieleń zimą, kiedy wokół szaro i pusto. Druga to ich szybki wzrost i naturalna przesłona od świata zewnętrznego. Pewnie że wolałabym szpaler cisów, ale cena i powolny wzrost spowodowały, że jednak zdecydowałam się na tuje. Wybrałam Szmaragdy ze względu na ich regularny kształt podczas wzrostu i dość właśnie spore roczne przyrosty.

Do tego w zakupach sporych drzewek pomagał mi syn, co biorąc pod uwagę jego wieczne przebywanie w podróży było świętem. A piszę o tym dzisiaj, bo wczoraj zrobiłam moim tujom zdjęcie równo w rok po posadzeniu i pomyślałam, że pokażę jak ten rok je zmienił. Takie zestawienia zdjęć roślin rok po roku to wspaniała sprawa. Ostatnio trafiłam na link do absolutnie niesamowitego ogrodu, pokazywanego na planie, na którym każda roślina jest dokumentowana rok po roku właśnie, przez sporo ponad 10 lat. Polecam oglądanie, bo jak ktoś nie ma ogrodniczej wyobraźni, to takie zobaczenie jak rosną drzewa i krzewy rozmaitych gatunków, to wielka pomoc w wyborze nasadzeń.

A oto moje tuje rok temu w listopadzie 2013


w kwietniu 2014. Martwiły mnie te rude wierzchołki i końcówki gałęzi


 Po pierwsze było cięcie


Po drugie specjalny nawóz do Szmaragdów i już w czerwcu wyglądały tak

 
A potem regularnie nawożone i podlewane obficie bezpośrednio pod korzenie i efekty są - niemal stykają się kudłatymi boczkami.To zdjęcie z wczoraj


Może przyrost na wysokość nie jest imponujący, ale wszerz na pewno. Zresztą tnąc im wierzchołki chciałam uzyskać taki właśnie efekt. 

Przed nimi - jeszcze malutkie - rosną kępki Kosmatki śnieżnej uzyskane z podziału jednej sporej bryły. Kosmatka - bylina, która wygląda jak trawa ozdobna - zawdzięcza swą nazwę kudłatym krawędziom listków i bieli kwiatów, którymi obsypuje się w maju

Tak wyglądała w połowie maja



Miała tu za mało miejsca powoli zdominowana przez Hortensję dębolistną, więc została wykopana i podzielona na małe sadzonki. Za rok mam nadzieję zobaczyć biały szpaler przed tujami.

niedziela, 2 listopada 2014

Paul Farges

Dzisiaj uznałam, że ten clematis zasługuje jednak na to, by go pokazać i co nieco o nim napisać. Nie jest to odmiana powszechnie doceniana, wymaga trochę cierpliwości, a i nie każdemu podobają się tego jego drobniuteńkie kwiaty, od których bierze druga nazwę - 'Letni śnieg'.

Dlaczego wymaga cierpliwości? Ano dlatego, że przez pierwsze dwa lata prawie go nie ma.

Posadzony w lipcu 2012


Niewiele urósł, wyglądał słabiutko i wcale nie robiłam sobie nadziei, że będzie lepiej. W następnym roku sporo go przycięłam i czekałam co będzie dalej.

Pod koniec maja, a więc niemal rok po posadzeniu wyglądał tak:


Jak widać niemal bez zmiany, a pozostawiony dla niego pień śliwy raczej zarośnięty clematisem nie był.


W końcu czerwca ledwie go widać zza Kordyliny


W rok po posadzeniu wprawdzie zakwitł, ale trudno tu mówić o jakimś śniegu. Parę kwiatków na jednym pędzie.


Koniec października, koniec sezonu a Paul Farges nie zachwycił. Co więcej podobne doświadczenia miały też moje znajome ogrodniczki, które posadziły tego clematisa w podobnym czasie.


I przyszedł rok 2014. 
Już w maju pień drzewa zaczął ginąć pod zielonym gąszczem clematisa.


Początek czerwca i nazwa 'Letni śnieg' zaczyna mieć pełne uzasadnienie.



A potem przybywało go każdego dnia. Ogrodzenie zniknęło pod masą zielonych liści.


 A dzisiaj w listopadowy dzień Paul Farges nadal cieszy i zielenią i kwiatami.



Podobno ogrodnictwo uczy cierpliwości. Mnie nauczyło na pewno. I nie tylko cierpliwości.

 

czwartek, 30 października 2014

Dławisz

Dławisz rośnie u mnie od 3 lat. Nie jest ulubieńcem ogrodników, podobnie jak Rokitnik, ale u mnie sporo takich nielubianych i uważanych za ekspansywne roślin. Ja sobie z nimi radzę, a że potrafią zdobić, cieszę się, że je mam.

Do tego w tym roku Dławisz zakwitł po raz pierwszy od posadzenia w 2011 roku jesienią. Wprawdzie - jak się później okazało - dostałam sadzonki jedynie Herkulesa, czyli męskie i Diany dosadziłam dopiero wiosną następnego roku. Jak wiadomo, podobnie jak Rokitnik Dławisz jest rozdzielnopłciowy i trzeba mieć sadzonki obu rodzajów by zakwitły. A czekałam na to kwitnienie, bo potem zimą dławisz jest niezwykle dekoracyjny, obsypany pomarańczowo-czerwonymi owocami. No i w tym roku wreszcie są.

Jeszcze nie jest ich bardzo dużo, ale jak już są, z roku na rok będzie ich coraz więcej.


Poza owocami, zimą zdobi także pogmatwany gąszcz jego pędów, i nawet bez liści dławisz też tworzy zasłonę na ogrodzeniu.


Tu przepleciony dodatkowo z bluszczem, dalej zieleni się Głogownik i spora grupa Ogników.


A tu mój coraz większy Jałowiec Phitzeriana Glauca, pięknie rośnie, absolutnie bezproblemowa roślina.


I jeszcze moje sadzonki. Oderwałam malutką kępkę Zawciągu nadmorskiego, podzieliłam na takie drobniuteńkie kawałeczki i wsadziłam do doniczki. Oto efekt po ok. 1,5 miesiąca 


7 sporych sadzoneczek, które już w następnym tygodniu zawiozę do Borkowa. Do zimy daleko, a że są już dobrze ukorzenione, nie ma obawy by się nie przyjęły. 

W sumie to jak dla mnie bardzo udany sezon rozmnażania roślin. Dotąd tego nie robiłam, bo wydawało mi się, że nie umiem, że nic mi z tego nie wyjdzie. A tu niespodzianka! Mam własne berberysy, pęcherznice, jaśminowce, rokitniki, róże pomarszczone. Małe to wszystko, ale cieszy, bo własne.


wtorek, 28 października 2014

Jesiennie, słonecznie + straszliwe korki...

Zacznę od tych korków ;-) Mieszkam na Muranowie, więc w związku z dzisiejszymi uroczystościami w mojej dzielnicy, ta niestety stanęła w miejscu. Dojazd do domu zajął mi dzisiaj bardzo dużo czasu i nie wiem, czy Ci wszyscy kierowcy, którzy razem ze mną pokonywali kolejne metry w ślimaczym tempie bez wątpliwości uznali, że nowe Muzeum na zawsze poprawi wizerunek Muranowa, zmieniając go w miejsce podobne do krakowskiego Kazimierza. Niestety jak zwykle zawiodła organizacja i pierwsze wrażenie, nawet dla tych co na te uroczystości zmierzali, to poczucie chaosu w jakim znaleźli się sami i spory kawałek miasta.

Dojechałam jakoś do domu, na uroczystości się nie wybieram, tłumy zawsze mnie zniechęcają. Poza tym po dniu spędzonym w tych słonecznych blaskach wśród moich roślinek, jakoś mam mało ochoty na kontakt z innym światem.

A dzień był piękny. Porządki właściwie dobiegły końca, jestem gotowa do zimy, teraz to już będę tylko wpadać na herbatę i chyba jeszcze raz skoszę trawę.

Tak było dzisiaj


Hortensja dębolistna niezmordowana zmienia kolory liści, podczas gdy np. Trzmielina oskrzydlona tylko na chwilę pokazała cudną jesienną czerwień i zaraz potem straciła wszystkie liście.


Wiele razy już ją pokazywałam, bo ten Miskant to moja ulubiona trawa. No, jedna z wielu, bo chyba bardzo lubię wszystkie trawy.



Wplotłam te czosnki w stary wianek parę miesięcy temu. Ślicznie się zasuszyły 



Trzy kolory ;-)


Po mrozach ostatni pąk różany zwiesił głowę, ale nadal śliczny, moim zdaniem.


A liściaste pędy różane nic sobie z mrozu nie robią i nadal rosną.



czwartek, 23 października 2014

Ależ zimno!

Z trudem wierzyłam wskazaniom termometru w samochodzie dzisiaj rano. Wczoraj jeszcze 14 stopni, dzisiaj 4 i do tego naprawdę przenikliwe zimno. Pomimo to pojechałam na Młociny, bo wiem, ile tam nadal liści czeka na uprzątniecie i wobec mrozów konieczność wykopania kłączy pacioreczników.

Łyso i pustawo, smutno i jesiennie, do tego zimno takie, że grabiały mi ręce. Definitywny koniec sezonu, aż żal, ale będzie więcej czasy na inne przyjemności. Może wreszcie wyskoczę na parę dni w świat? Z perspektywą podróży w ciekawe miejsce, jesienno-zimowe nastroje wcale nie są szare. 

Zobaczę, ale póki co parę zdjęć z dzisiaj, kiedy wyszło słonko.

Tu, za murkiem Hortensja dębolistna, ale w tym roku jej przebarwienia nie są tak spektakularne jak rok temu.


Pigwa nie traci liści, tylko staje się coraz bardziej kolorowa


No i moja iglaczkowa rabatka ze świerkiem cudakiem cieszy oczy


Uciekłam, jak tylko skończyłam prace, bo zimno szczypało, długo jeszcze w samochodzie nie mogłam się rozgrzać.

wtorek, 21 października 2014

Od piątku do wtorku

Tyle trwać musi przerwa w moich ogrodowych zmaganiach teraz, kiedy pracuję. Sobota, niedziela i poniedziałek to moje dni zawodowe, od wtorku do piątku włącznie nadal robię co chcę. Bardzo mi ten układ odpowiada, bo nie lubię 'łykendów' i cieszy mnie, że mogę jechać do pracy, kiedy wszyscy jada na działki i odwrotnie. 

Tak też i dzisiaj, jak tylko padać przestało pojechałam na Młociny. Po trzech dniach nieobecności i ostrym wietrze ogród znowu wyglądał jak wysypisko liści, a do tego wiatr rozniósł je absolutnie wszędzie. A zatem da capo al fine czy jak kto woli syzyfowa praca grabienia trwała przez 4 godziny tym razem. Pocieszam się, że na drzewach liści już naprawdę niewiele i wkrótce będę mogła zacząć przygotowania do zimy.

Mam spore zapasy kompostu, które chcę rozprowadzić na rabatach, obsypać co wrażliwsze rośliny pod korzeniami, ale póki na rabatach nadal zwały liści to nie ma sensu. Pomimo jesieni ogród nadal nie straszy pustką, ani nie wygląda szaro i smętnie. Sporo nadal zieleni za sprawą traw, kolorów, ale coraz mniej bo nawet pęcherznice już łysawe, trawnik zieloniutki dzięki systematycznemu wygrabianiu sianka, generalnie nie jest źle. 

A może tylko tak mi się wydaje?

Tu widać jak wyłysiały Pęcherznice i Róże pomarszczone


Hiszpański dziadek znowu widoczny zza pnączy


Śnieguliczka koralowa jeszcze się złoci


Ale najwięcej zieleni to trawy wszelkie. 



A kolory, to berberysy


I bardzo ciekawy w tym roku wzrost Budleji. W ub. roku zmarzła i zginęła po wrześniu, a teraz wypuszcza takie cudne srebrne liście.



A na całkiem pustej rabacie nadal nie jest pusto, bo Gajowiec i Dąbrówka trzymają się mocno ;-) 

 
Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli ruszam do Borkowa zobaczyć jak rosną moje drzewa.

piątek, 17 października 2014

Czysto!

Dzisiaj wygrałam walkę z liśćmi!

Jest to o tyle zaskakujące, że przez ostatnie dwa dni nie wychodząc z domu walczyłam z przeziębieniem. Słaba byłam jak muszka, ale dzisiaj chyba odzyskałam wszystkie siły świata i ruszyłam do boju.

Dwa dni w w domu! To jest rzadkość w moim przypadku, ale filmy i inne różności pomogły zapomnieć o świecie zewnętrznym, chociaż obawa o stan Młocińskiego ogrodu poważnie zakłócała tę domową idyllę.

Widok zastany dzisiaj był naprawdę przerażający. Zwały liści wszędzie, także przed furta, aż trudno ją było otworzyć. Od razu zapomniałam o resztkach choroby i planowo zabrałam się do pracy. Myślę, że 'planowo' ma wielkie znaczenie, bo porządki w domu, czy ogrodzie bez dobrej organizacji to chaos i strata czasu.

Zaczęłam od usuwania liści tam, gdzie wisiały na tzw, 'ostatnim włosku', potem uporządkowałam pnącza winogron (tak cięłam je dzisiaj, zawsze stosuję cięcie jesienne i uważam je za bardzo sprawdzone), a dopiero potem zabrałam się za zbieranie tego, co na trawnikach. 

A że lało przez cały czas? Jakoś udawałam, że nie zauważam.

Odjeżdżałam z poczuciem, że znowu panuję nad ogrodem, ale też z worem 120 litrów wypełnionym po brzegi masą paskudnych chorych liści z gruszy i śliwki. Wtaszczenie tego do samochodu, a potem pod mój zsyp, gdzie zostawiamy 'zielonki' było nie lada wyzwaniem.

Dzień zakończyłam malutką sesją foto, niestety z komórki, bo mój aparat chyba dożył swego wieku i nie działa. 

A co widać na moich zdjęciach? Jednak zielono i kolorowo, róże kwitną trawnik zieloniutki, berberysy cudnie kolorowe, lubię to miejsce ;-)
 
Morwy moje utrapienie, ale piękne jesienią...



Trawki pod bluszczem i Głogownikiem. Kiedy Dławisz traci liście odsłania bluszcz i głogownika. Te towarzyszą mi przez zimę, do wiosny, a potem znowu giną pod liśćmi - nomen omen - Dławisza. Ale ja go mam pod kontrolą i polecam na ogrodzenia jako świetną osłonę.


Moje ogniki niestety chorują, ale walczą i chyba będzie dobrze.



Berberysowa


Róże w  lawendzie, która nawet jeszcze nieśmiało kwitnie.


Ciężka praca mi służy, co wiem od dawna, od razu poczułam się lepiej, jutro zaczynam mój trzydniowy dyżur uczelniany, a zatem do wtorku bez ogrodów.
 


wtorek, 14 października 2014

Grabię, grabię i ..... grabię...

Jak w tytule ;-)

Dzisiaj naprawdę miałam chwilę zniechęcenia. Tylko chwilę. 

Powód? 

Kiedy przyjechałam na Młociny zobaczyłam ogród dokładnie przykryty liśćmi. Po 4 godzinach sprzątania, kiedy odjeżdżałam, zobaczyłam .... ogród dokładnie przykryty liśćmi!

Wywiozłam trzy wielkie wory liści - nie nadają się na kompost, większość z nich jest porażona rozmaitymi chorobami, bo pochodzą ze starych drzew owocowych. Szczególnie grusza, którą trzymam wyłącznie ze względu na jej urodę, teraz ma wszystkie liście pokryte chorobowymi zmianami.

Grabiłam, zbierałam, ale co tylko powiał wiatr, trawnik i rabaty znowu były pod liśćmi. 
Nie zrobiłam więc dzisiaj żadnego zdjęcia, bo bałagan, ale powinnam, bo róże w nowych pąkach, na rudbekiach nowe kwiaty, bluszcz pięknie zarasta rabaty wokół traw, a trawy nadal cudne.
No chyba z wyjątkiem Zebrinusa. Ten u mnie zawsze schnie najwcześniej, inne miskanty,  np. Gnome to nadal ogrodowe cudo.

Nie wiem co jutro, bo gardło boli jak głupie, mam gorączkę, ale przecież ja nie choruję :-)

Tak dla przypomnienia - oto Miskant Gnome


Wspaniała trawa, polecam, tylko na palce należy uważać, bo tnie skórę boleśnie a rany goją się z trudem.